Trójkąt bez Zobowiązań #1: Czy rozmiar ma znaczenie?

Kwestia czy rozmiar ma znaczenie, już od dawna wielu spędza sen z powiek. Jedni próbują przekonać drugich, a pytanie, nadal bez odpowiedzi, wisi w przestrzeni. Z jednej strony wydaje się to oczywiste, ale z drugiej strony… wątpliwości zawsze pozostają. Przyznać jednak trzeba, że odpowiednio duże gabaryty wywołują zupełnie inne doznania i wiadomo o tym już nie od dziś.

W 1933 roku olbrzymi goryl porwał młodą aktorkę i wraz z nią wdrapał się na Empire State Building. Pięć lat później Orson Welles na antenie CBS relacjonował atak gigantycznych trójnogów na New Jersey. 64 lata temu po raz pierwszy z głębin u wybrzeży Japonii wyłoniła się Godzilla inspirowana zupełnie inną o rok starszą gigantyczną gumową jaszczurką oceanicznego pochodzenia. Pod koniec lat 90. młodzież z wypiekami na twarzy śledziła starcia Power Rangersów z wyrośniętymi poplecznikami Rity. Steven Spielberg zaś ożywił kilkumetrowego tyranozaura, aby ten mógł poganiać się trochę z grupą przerażonych naukowców. Dzięki tym wszystkim pomysłom i zabawom z rozmiarem XXL teraz w kinach możemy oglądać „The Rocka” zmagającego się z gigantyczną małpą, a kolejny kinowy osiłek próbował nakopać pod płetwę prehistorycznemu megalodonowi (odprężająca rozrywka gwarantowana). Wielkie okazy mają jednak to do siebie, że gdy już się pojawiają, to niezależnie od intencji wywołują za każdym razem podobne obawy i lekkie uczucie strachu.

Nawet podczas inwazji zombi mamy jakieś możliwości — możemy odszukać w sobie odruchy postapokaliptycznego wyjadacza i stanąć do walki bądź dokonać zorganizowanego odwrotu. Gdy jednak nad naszymi głowami olbrzymi stwór przechodzi przez budynki, zgniata siły Gwardii Narodowej niczym zielone żołnierzyki, a z pociski jądrowe sprawiają mu tyle samo radości co bitwa na poduszki, zdajemy sobie sprawę w jak głębokiej… fatalnej sytuacji się znaleźliśmy. Walka odpada, a jakakolwiek ucieczka byłaby równie dynamiczna co przewijanie kasety za pomocą ołówka. Oczywiście nie wszystkie olbrzymy są wrogo nastawione. Niektóre są przyjazne i pomocne, inne niosą bohaterowie ważna życiową lekcję, zawsze towarzyszy im obawa przed zadeptaniem i poczucie maleńkości.

Zawsze, gdy się pojawiają, zapierają dech w piersiach. Duży rozmiar robi dobre pierwsze wrażenie, jednak równie ważna jest przecież technika. A te dwa elementy nie zawsze muszą iść w parze.

 

Sprawdźmy który robot jest silniejszy!

Gdy pewnego razu, dość niefrasobliwie, wspomniałem internetowej społeczności, że oglądanie filmów o robotach składających się we wszelkiego rodzaju środki transportu sprawia mi naprawdę dużą przyjemność spotkałem się z niezbyt pozytywnym odbiorem. Cóż, społeczność ta nie była zbyt przychylnie nastawiona. Czemu dała wyraz kilkoma rzeczowymi i dosadnymi stwierdzeniami. Jak się później przekonałem problem nie tkwił w samym pomyśle czerpania mało wymagających uciech z oglądania gigantycznych maszyn. Ogromne znaczenie w tym przypadku ma po prostu to, kto siedzi za sterami.

Nie aż tak zamaszysty podpis del Toro (o, czyli będzie bajka dla dorosłych) sprawił, że Pacific Rim stał się widowiskową wizualizacją dziecięcych fantazji, w których potężne roboty toczyły wielogodzinne walki na placu boju, którym był włochaty dywan w salonie. Mówiono, że to wielkie rozrywkowe widowisko, że adrenalina miesza się ze smarem, a radochy z tego tyle, że znów chce się założyć ogrodniczki i kolorową czapkę ze śmigiełkiem. Gdy pierwszy raz zobaczyłem kolorowe zabawki Guillermo ze smutkiem pomyślałem sobie „to po prostu kolejny film o wielkich robotach”. Podążając za głosem serca (oraz okrzykami wściekłej tłuszczy) liczyłem na porządne zastępstwo za Transfomers. Z każdą kolejną minutą dochodziłem do wniosku, że wcale nie chcę wymieniać swoich ulubionych zabawek, a wszystko powinno pozostać tak jak było.

Pacific Rim (2013)

Kolorowe mechy, stojąc po kolana w oceanicznej wodzie, przepychają się i przytulają z pochodzącymi z innego wymiaru krzyżówkami Godzilli i ziemskich stawonogów. Dzielnych bohaterów stawiających opór gadziej ofensywie podzielić można na dwie grupy. Część z nich zamknięta jest w blaszanych zapaśnikach, gdzie owinięci kablami oraz masą elektroniki ćwiczą aerobik. Pozostali z niepokojącym entuzjazmem i zapałem rysującym się na ich twarzach wypowiadają kwestie nawet nieco bardziej absurdalne niż te usłyszane od znajomków Sama Witwicky. Dodatkowo niczym rasowi gracze RPG dzielą atakujące bestie na kategorie i klasy. Tak, to jest jeden z tych nielicznych filmów, w których możemy usłyszeć, że potwór na 3 poziomie właśnie atakuje miasto.

Wszystko to wyglądało na celowo niepoważne, a ja poczułem się potraktowany nie fair. Czułem, że reżyser próbuje całkiem świadomie wyśmiać coś co nadal lubię, a już z całą pewnością kochałem w dzieciństwie. Zdecydowanie mniej dynamiczny i nie tak efekciarski jak produkcje Michaela Bay’a, Pacific Rim wywoływał u mnie o wiele rzadziej szeroki uśmiech. Zapasy w brodziku bowiem nijak się mają do chaotycznej, pozbawionej ograniczeń rozwałki przy użyciu ton materiałów wybuchowych. Zamiast zastrzyku adrenaliny dostałem jedynie dawkę relanium. Nawet nie miałem już siły, by mieć pretensje, że z moimi Tranformersami jestem brany za bezguście, ale wystarczy, że del Toro zrobi film o gigantycznych mechach i wszyscy od razu są zachwyceni. Lecz nie takie roboty straszne jak je maluję. Jęk rozczarowania przytłumił bowiem fakt, że Pacific Rim jest amerykańskim hołdem dla japońskiej twórczości, w której ogromne pokryte łuską „owoce morza” są daniem głównym.

Pacific Rim (2013): 6/10
Czy rozmiar ma znacznie? – Czasem rozmiar zupełnie nic nie zmienia.

 

Na pewno dasz radę zmieścić go w kadrze?

Wśród użytkowników popkultury dość łatwo znaleźć takich, którym wystarczy rozmazane zdjęcie lub kiepskiej jakości film, aby uwierzyli w Slender Mana, potwory z głębin i brakujące ogniwo ewolucji biegające nocą przed maskami samochodów. Natrafienie gdzieś w czeluściach internetu na nagrania pokazujące grupę entuzjastów sił nieczystych w czasie obrzędów, musi być dla nich wydarzeniem równie niezwykłym co odnalezienie św. Graala. Kto z nas jednak chociaż raz nie dał się nabrać na planszę informującą, że obejrzany przed chwilą film o duchach oparty jest na faktach. Podatność na takie materiały wynikać może z potrzeby przeżywania dreszczyku emocji, a rata kredytu czy niezaliczony egzamin na prawo jazdy to nie to samo co duch zamieszkujący opuszczone domostwo. Nic więc dziwnego, że filmy z gatunku found footage zyskały sporą popularność.

Rodzina i przyjaciele Roba w przeddzień jego wyjazdu do nowej pracy w Japonii postanawiają wyprawić mu przyjęcie niespodziankę. Materiał kręcony przez ciapowatego Hudsona, z sentymentalnej pamiątki zamienia się w kompilacje niezręcznych sytuacji i rozmów, których każdy wolałby uniknąć, szczególnie przy szerszej publiczności. Odór ciągnący się za błędami z przeszłości miesza się z narastającym poczuciem przyszłej tęsknoty. Wiadomo, zamykanie rozdziału łatwe ani przyjemne nie jest. Chłopak zaczyna mieć wątpliwości co do wyjazdu. Podróży za ocean wolałby odłożyć na święte nigdy, a najchętniej zaszyłby się w jakimś kącie z butelką wąpliwej jakości trunku, którym mógłby oblewać rozdrapane rany. W tym momencie jak coś nie huknie… W blasku wielkiego wybuchu przysłowie o Mahomedzie i górze, która musiała do niego przyjść, na oczach gości staje się rzeczywistością. Rob do Japonii polecieć nie chciał, więc Japonia w postaci wychudzonego krewniaka Godzilli, przypłynęła do niego. Bestia z kina Kaijū demoluje w niekontrolowanym szale miasto, pokazując jak cudowne są produkty Made in Japan.

Materiały kręcone „z ręki” wywołują u mnie najczęściej ból głowy i zdenerwowanie. Rozhuśtana kamera, najczęściej operowana przez pozbawionego umiejętności i zimnej krwi bohatera, pokazuje nam wszystko, tylko nie to, co trzeba. Wliczając w to dużą liczbę zbliżeń na biegnące nogi. Gdy jednak coś istotnego pojawi się już w kadrze, cóż, jeżeli oglądasz film w kinie, możesz już zapomnieć o tym, że coś tam chyba widziałeś. W innych warunkach możesz przynajmniej próbować trafić we właściwy punkt na pasku. W przypadku gdy obiektem zainteresowania nadgorliwego dokumentalisty amatora jest olbrzymia bestia, czule przytulająca się do drapaczy chmur, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Trudno bowiem takiego bydlaka przegapić w kadrze.

Cloverfield (2008)

W przeciwieństwie do wielu filmów z gatunku found footage w Cloverfield bohaterowie nie włóczą się po opuszczonych i ciemnych miejscach licząc, że przypadkiem uda im się na coś trafić. Nie podskakują z krzykiem na dźwięk skrzypiących drzwi czy podłogi, bo gdy wielkie monstrum stawia kolejne kroki, trzęsą się całe budynki. Plusem filmu jest ciągła akcja. Miasto się sypię, a wieżowce spadają bohaterom na głowy. Gwardia Narodowa próbuję ratować to, co z Manhattanu jeszcze zostało, a przyjaciele starają się przekraść niezauważeni obok… w sumie nawet nie wiadomo co to jest, ale od biedy można uznać to za małoletniego bratanka Cthulhu — ważne, że robi spore zamieszanie. Nawet jeżeli tempo spada, to ekipa ocalałych z Hudsonem — wytrwałym operatorem daruje sobie bezsensowne kwestie i głupie teorie na temat zagrożenia. Planują swoje działania i znajdują czas na przeżywanie własnych tragedii.

Rozwiązania stojące w opozycji do większości found footage sprawiają, że oglądając Cloverfield, zamiast zmagać się z zawrotami głowy, uhonorowałem film szerokim uśmiechem na twarzy i pełnym aprobaty skinieniem głowy. Coś pięknego jest w wielkim potworze niszczącym miasto, którego trudno nie złapać w kadrze.

Cloverfield (2008): 8/10
Czy rozmiar ma znaczenie? – Tak, zdecydowanie tak!

I find giants. I hunt giants. I kill giants

Gdyby jeszcze kilka tygodniu temu ktoś wspomniał o smutnym dziecku, mającym dużego towarzysza z całą pewnością w pierwszej chwili pomyślałbym o Conorze z „7 minut po północy”. Chłopcu, który w obliczu życiowych problemów o zdecydowanie zbyt dużym kalibrze jak dla 10-latka, pobiera życiowe lekcje od wyrośniętego Groota obdarzonego głosem Liama Neesona. I chociaż jego wzruszająca historia uderzyła w rzadko używane partie mego serca i na długo zapadnie mi w pamięć, to dość szybko zyskał on filmową konkurencję, równie mocno zaskarbiającą sobie moją sympatię.

Barbara jest młodym geekiem o stylizacji niewiele odbiegającej od mody panującej wśród obłąkanych staruszek od gołębi. Uwielbia gry D&D i bezustannie żyje w świecie bajek i fantazji. Przynajmniej takie wrażenie może sprawiać dla niewtajemniczonych. Tak naprawdę na jej barkach spoczywa ogromna odpowiedzialność. Broni ona swojego miasteczka przed zagrożeniem ze strony Gigantów. Niczym Batman robi to w tajemnicy, nie licząc na wdzięczność i podziękowania obywateli. Nawet mówi dokładnie jak człowiek-nietoperz (chociaż na chrypkę będzie musiała poczekać jeszcze kilka lat). Jak przystało na bohatera niepragnącego poklasku, ma swoją Barb-kryjówkę wypełnioną notatkami i niezbędnymi w walce gadżetami. W torbie nosi zaś potężny młot czekający na decydujące starcie, podczas którego udowodni, że jest go godna (czy kilkanaście lat wcześniej przez to miasteczko nie przejeżdżał przypadkiem Thor? Chyba coś tutaj zostawił).

I Kill Giants (2017)

Barbara swoje zadanie bierze całkiem na poważnie. Od początku widzimy, jak z pełnym profesjonalizmem zastawia pułapki, robi mikstury i wyrysowuje runy, mające pomóc jej w walce. Ogromna odpowiedzialność ją przytłacza i w konsekwencji odbiera jej dzieciństwo. Staje się dorosłą w ciele dziecka z pluszowymi uszami na głowie. Chociaż większość dorosłych, ze szkolną psycholog (Zoe Saldana tym razem niepomalowana na zielono) na czele uważa, że dziewczyna ma poważne problemy i wymaga pomocy, ja potrzebowałem zaledwie chwili, by Barbarę pokochać. Jest pyskata, sarkastyczna i ma niezwykle wysoki współczynnik trafnych spostrzeżeń. Zachowując niemal nieustannie bezwzględną minę starego wyjadacza w swojej branży, jest po prostu rozbrajająca. Po obejrzeniu I Kill Giants moim astralnym zwierzęciem przestał być prokrastynujący leniwiec. Od teraz jest nim mała dziewczynka z puchatymi króliczymi uszami. I zupełnie nie obchodzi mnie, jak to brzmi wypowiedziane na głos.

No tak, miały być jeszcze olbrzymy. Wbrew pozorom w filmie jest ich naprawdę mało, ale jeżeli już się pojawiają, to chciałoby się ich więcej. Ciekawie wykreowane i snujące się we mgle, kuć w oczy mogą jedynie z bliska. Nie one są jednak ważne. Liczy się zagadka. Czy Barbara jest rzeczywiście tym, za kogo się podaje?

I Kill Giants (2017): 8/10
Czy rozmiar ma znaczenie? – Często nie ma znaczenie, bo liczy się coś zupełnie innego.

2 myśli na temat “Trójkąt bez Zobowiązań #1: Czy rozmiar ma znaczenie?

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: