Gabinet Grozy #1: Gdy ten zły nie przyjdzie na casting: The Open House

Czasem zdarza się, że ktoś z moich znajomych czy rodziny przyłapie mnie na oglądaniu filmu. Po chwili rozbrzmiewa pytanie, co ja tak właściwie oglądam. Oczywiście nie jestem w żaden sposób zobowiązany do udzielania wyjaśnień i mam prawo zachować milczenie. Jednak utrzymywanie dłuższego kontaktu wzrokowego i przedłużające się milczenie, generuje zazwyczaj bardzo niezręczną sytuację.

Dlatego, jeżeli tylko mogę, w dwóch, trzech słowach skracam temat przewodni oglądanego materiału, nie zagłębiając się zbytnio w fabularne niuanse. Wrzucam go tym samym do jednej z powszechnie znanych szuflad. Zdarza mi się czasem odczuwać delikatne mrowienie samozadowolenia, gdy tytuł mogę opisać więcej niż stwierdzeniem „Ogólnie to film o duchach/zombie/zwyrodniałym mordercy/nawiedzonej grze planszowej” (wystarczy, że skreślę niewłaściwe z szablonu). O ile bardziej wyrafinowanym „smakoszem” popkultury czuję się w momencie, gdy używam takich zwrotów jak „psychologiczna analiza głównego bohatera” albo (zapamiętane z lekcji języka polskiego… na coś się wreszcie przydały) „oniryczne wizje”. Zdarzyło się też tak, że ktoś przyłapał mnie na oglądaniu The Open House.

Logan to spokojny, niewyróżniający się niczym, odrobinę zabiegany nastolatek. Szansy na rozpoczęcie nauki na wymarzonej uczelni wypatruje nie tyle w stosach książek i pozakreślanych w kolorach tęczy notatkach ile w swoich sprawnych nogach. Wyniki osiągane na osiedlowych uliczkach dobrze rokują na przyszłość. Próżno jednak szukać w domu radosnej atmosfery. Liczby, nawet najmniejsze na wyświetlaczu stopera nie są w stanie złagodzić widma o wiele większych wyników osiąganych przez domowy budżet na zaległych rachunkach. Rodzinne problemy pogłębiają się jeszcze bardziej, gdy podczas najzwyklejszych zakupów życie traci ojciec Logana. Brak finansowej płynności, rosnące nieubłaganie długi i strata głowy rodziny sprawiają, że chłopak wraz z matką ledwie się trzymają. Pomocną dłoń wyciąga do nich ciotka, oferując pobyt w swoim domku w górach. Będą mogli pobyć na świeżym powietrzu z dala od cywilizacji, wypocząć i pozbierać myśli. Jest jednak jeden warunek. Dom wystawiony jest na sprzedaż. Lokalnym zaś zwyczajem jest organizowanie dnia otwartego dla wszystkich potencjalnych kupców oraz przypadkowych zwiedzających. Logan i Naomi muszą opuścić w tym czasie swoją oazę spokoju. W tym czasie nieznajomi będą mogli się po niej bez skrępowania kręcić.

1.

Młodziutcy Matt Angel i Suzanne Coote próbujący wspólnie swoich sił w rolach scenarzystów i reżyserów, przygotowali dla widzów kilka niespodzianek. Uważni widzowie mogą dopatrzyć się dwójki twórców na ekranie, gdzie pojawiają się w drobnych rolach. Kolejna jest jeszcze bardziej zaskakująca i dotknie już każdego, niezależnie jak bardzo zaangażował się w produkcję Netfliksa. Udało im się bowiem zrobić film absolutnie o niczym.

Miejscem (nie do końca) przejmującej akcji jest nieco przygnębiający, lecz nadal spełniający katalogowe standardy domek w górach. Mimo nieco zimnego wnętrza nic nie wskazuję, aby mury kryły w sobie jakąś wstrząsającą czy okrutną tajemnicę. Przeciąg nie otwiera drzwi, deski nie skrzypią, pajęczyny na strychu nie otulają gangu porcelanowych lalek o twarzach wywołujących traumę u zarówno u dzieci i dorosłych. W cieniu nikt się nie kręci, a sprzęty elektroniczne same się nie włączają. Nie ma nikogo pod łóżkiem, w szafie, za zasłoną, w salonie, w ścianach, w piwnicy… nigdzie. Ogólnie rzecz biorąc, jest to idealne miejsce, aby odpocząć i poukładać sobie wszystko w głowie. Chyba że ktoś zupełnie jak ja, pozbawiony na dłuższą metę towarzystwa (lub przynajmniej szumu telewizora w sąsiednim pokoju), zaczyna słyszeć, jak przemawiają do niego ściany. Wtedy dom nadaje się idealnie do postradania zmysłów i popadnięcia w paranoję. Dwójka głównych bohaterów idealnie wpasowując się w zaaranżowane wystrój, odgrywa rolę interaktywnych manekinów, sprawdzających jakość łóżek, krzeseł i schodów do piwnicy. Od czasu do czasu dorzucając do swojej pozbawionej ekspresji codzienności nic niewnoszące dialogi.

Atmosferę z „absolutnie żadnej” na „znikomą” zagęścić mają dorzuceni do pocztówkowego domostwa niepokojący sąsiedzi (w takich okolicznościach przyrody nic tak nie potrafi poprawić humoru, jak starsza pani z uśmiechem niczym wnyki na niedźwiedzia). Ci jednak pojawiają się w zatrważającej liczebnie reprezentacji. Przemiła sąsiadeczka i sklepikarz to jedyne czym zostajemy uraczeni. Gdy wszyscy są już na swoich miejscach, zaczyna się prawdziwy spektakl – będziemy przez ponad godzinę czekać, aż kurtyna się podniesie.

(w takich okolicznościach przyrody nic tak nie potrafi poprawić humoru, jak starsza pani z uśmiechem niczym wnyki na niedźwiedzia
…w takich okolicznościach przyrody nic tak nie potrafi poprawić humoru, jak starsza pani z uśmiechem niczym wnyki na niedźwiedzia.

Przypominając sobie moment, w którym zostałem przyłapany na oglądaniu The Open House, dochodzę do wniosku, że zdecydowanie wolałbym, żeby wtedy był to film z zupełnie innej kategorii. Najadłbym się trochę wstydu, ale w sumie każdy by to ostatecznie zrozumiał (bo przecież niech pierwszy rzuci kamień…). Minę musiałem mieć zresztą wtedy równie głupią, bo grubo po ponad połowie filmu jedyna sensowna odpowiedź, jakiej mogłem udzielić, brzmiała – to film o matce z synem mających problem z ogrzewaniem w wynajętym domku letniskowym. Takie przedstawienie zarysu fabularnego byłoby z pewnością o wiele ciekawsze niż sama produkcja, a jeżeli policzyć ile razy bohaterowie schodzili do piwnicy, aby sprawdzić, czemu nie ma ciepłej wody, to opis ten w ogóle nie mija się z prawdą.

2.

Równie trafne byłoby stwierdzenie, że to film o galopującym Alzheimerze, głównych bohaterów lub krasnoludkach przekładających drobne przedmioty z miejsca na miejsce. To zniknie telefon, to miska z płatkami śniadaniowymi z pokoju trafi do salonu. Na tym budowanie napięcia w zasadzie się kończy, a ja z bólem serca stwierdziłem, że więcej emocji towarzyszy mi, gdy sam nie wiem gdzie, zostawiłem mój portfel. Ze szczególnych rewelacji odnotować można, że z dwójki twórców jedno musiało ze szkoły filmowej czy innego kursu zapamiętać, że Hitchcock wielkim artystą był. Wielokrotnie obejrzana „Psychoza”, dotkliwie odbita na czyjejś psychice, zaowocowała sceną prysznicową powtarzaną co najmniej cztery razy. Było to nawet zabawne, bo przecież zaczęliśmy wyczekiwać tego cholernego noża. Niestety, żaden kuchenne akcesoria w tle się nie pojawiły. Zamiast tego, niczym w kreskówce, mogliśmy z miny Naomi wywnioskować, że woda znów nieoczekiwanie zmieniła swoją temperaturę. Reszta zwrotów akcji była równie dynamiczna.

The Open House ogląda się niezwykle ciężko, bo jest po prostu o niczym. Bohaterowie thrillera po raz pierwszy w historii tego gatunku znaleźli się w sytuacji wcale nie tak ciężkiej (pomijając oczywiście śmierć męża i ojca). Wyraźnie załamani prowadzą ciężkie rozmowy, czasem się pokłócą lub zejdą do piwnicy sprawdzić, kto znów wyłączył ogrzewanie. Oczywiście podczas dni otwartych, ktoś do domu wejdzie, ale gdy przyjdzie jego kolej, aby w końcu pojawić się na scenie, kurtyny są już w połowie drogi na dół. Zakończenie jest rozczarowujące i w stosunku do widza niemal bezczelne. Zupełnie jakby po kilku godzinach czekania na przejażdżkę karuzelą zamknięto mi przed nosem wejście, mówiąc: To na dzisiaj koniec. Jutro wyjeżdżamy z miasta, a potem kraju. Ogólnie to był nas ostatni występ. Poza tym wesołe miasteczka od jutra są nielegalne. Na razie.

Utrzymany w chłodnej kolorystyce The Open House pozbawiony jest motywu przewodniego, który posłużyłby do nawet najprostszego opisu filmu. Duet aktorów Minnette i Dalton niewiele z siebie daje, chociaż tłumaczyć można to ich przybitymi postaciami. Zakończenie zupełnie lekceważące widza dorzucone zostaje dosłownie w ostatniej chwili, na tyle późno, że niczym katowskim toporem zostaje przecięte przez napisy końcowe. Brak najmniejszych oznak kreatywności reżyserskiego duetu sprawia, że film świetnie wpisuje się w grupę produkcji, na których oglądaniu nie chciałbym być przyłapany pod żadnym pozorem. Zupełnie jak one, The Open House można oglądać, przewijając i przeskakując dowolne sceny, nie tracąc przy tym wrażenia, że przegapiło się coś ważnego dla fabuły.

4.
Czyżby Logan szukał odpowiedzi na pytanie „o czym właściwie jest ten film?”

Z drugiej strony, gdy gniew i rozczarowanie ostygną niczym bojler w piwnicy bohaterów, może młodych twórców trzeba pochwalić za dobre chęci i próby wyjścia z ciężkiej sytuacji. Wszystko bowiem wskazuje na to, że zapomnieli oni na swoich kontach w mediach społecznościowych poinformować o odbywającym się castingu do roli czarnego charakteru (lub po prostu nikt na niego nie przyszedł). Nie poddali się oni jednak i produkcję dociągnęli do końca, mimo ewidentnych braków w surowcach. Nie zdziwiłbym się, gdyby do ostatnich ujęć wykorzystali buty woźnego, który sprzątał na planie. To i tak więcej niż mógł zrobić w domku, w którym absolutnie nic się nie działo.

 

Egoistyczna Ocena: 

2.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: