Blondynka vs Brunet S02E01: Przed wyruszeniem w podróż należy zebrać drużynę…

…czyli 10 naszych ulubionych popkulturowych ekip 

 

Redaktor Ego: Słowa wypowiedziane głosem Piotra Fronczewskiego na potrzeby gry „Baldur’s Gate” znane są bez wątpienia każdemu szanującemu się fanowi gier z gatunku rpg. Mimo że proste i dosadne zawierają w sobie wiele mądrości. Przede wszystkim ostrzegają o możliwych niebezpieczeństwach kryjących się zaraz za granicami spokojnej i niegroźnej lokacji. Dawały również bardzo wyraźnie do zrozumienia, że wyruszając z misją ocalenia świata, posiadanie doborowego towarzystwa jest konieczne, a argumentów za jest całe mnóstwo. Przydatność i funkcjonalność zorganizowanej wyprawy zauważył i docenił sam Tolkien. Najpierw wypuszczając na przygodę krasnoludy w towarzystwie Niziołka, a później tworząc archetyp znanej z filmów i gier drużyny, w której każdy ma swoją specjalność i konkretne miejsce w grupie (zwiększając jej wydajność). W końcu samemu może i nie da się tak po prostu wejść do Mordoru, ale przecież mając odpowiednie wsparcie, nie tylko się uda, ale będzie to na tyle spektakularne, że zrobią o tym kultową trylogię.

Oczywiste jest, że świata w pojedynkę ocalić nie można, chociaż czasem nawet całej Lidze nie musi od razu wyjść to najlepiej. Wzięcie takiego zadania na swoje barki wiążę się z ogromną odpowiedzialnością i niepotrzebnym ryzykiem. Może również świadczyć o przesadnej pewności siebie, a przecież stawiając czoła wielkiemu niebezpieczeństwu, warto mieć kogoś, kto ochroni nasze tyły. Nawet jeżeli nie zależy nam na wielkiej przyjaźni, gorącym romansie czy bohaterskim poświęceniu towarzyszy (oczywiście w slow motion) przydadzą się kompani gotowi wysłuchać Twojej błyskotliwej uwagi, a i mogą odpowiedzieć ciętą ripostą. W grupie zawsze jest raźniej i przed wyruszeniem w drogę warto zebrać drużynę, bo wtedy będzie po prostu raźniej.

Blondynka: Raźniej na pewno, ale czy skuteczniej? Akurat ja, nauczona doświadczeniem pracy w szkolnych grupach, przywykłam do działania solo (bo wtedy jestem odpowiedzialna za własne, a nie czyjeś niedociągnięcia) i podczas wybierania przykładów na dzisiejsze zestawienie zauważyłam, że też takie produkcje preferuję – główny bohater pracujący na własny rachunek, ewentualnie posiadający mało istotnego pomagiera, który pod koniec zazwyczaj okazuje się szalenie przydatny. Niemniej filmowe czy książkowe drużyny zapewniają rozrywkę i sporą dawkę humoru, więc lecimy z tym!

Na początek mam dla Ciebie trochę duchów, upiorów i desperatów w przebraniach straszydeł. Nie wiem, na jakim fundamencie zbudowało się Twoje dzieciństwo, ale moja fascynacja kryminalnymi zagadkami zewsząd nie wzięła się znikąd, ale z zamiłowania do pewnej bajki o czterech detektywach i psie. Scooby Doo zawsze dostarczał mi pożywnej dawki rozrywki i sporo rozczarowania samą sobą, kiedy okazało się, że niepoprawnie wskazywałam winnego. Swoją drogą, po latach oglądania i czytania kryminałów, nadal tego nie umiem. Za to idealnie przewiduję scenariusze paradokumentów. To dopiero NCIS! To chyba nie najlepiej o mnie świadczy. Idźmy dalej.

A.

Grupa przyjaciół z kolorowego wehikułu skradła moje serce w całości. Uwielbiałam ich zarówno jako team, jak i kiedy rozdzielali się (zawsze w tym samy składzie) w poszukiwaniu kolejnych poszlak. Cała piątka idealnie się uzupełnia, bo mamy gadające zwierzę, pannę mądralińską w dewociarskim golfie, wychudzonego miłośnika jedzenia, który gubi wszystkie te kalorie podczas kolejnych ataków paniki, szafiarkę w obcisłym wdzianku i gościa, który nie ma żadnej cechy szczególnej, ale uważa się go za lidera. To wszystko tworzy spójną całość, którą po prostu chce się oglądać.

Redaktor Ego: Świat potrzebuje bohaterów, o tych jednak naprawdę ciężko. Pocięta przez Warner Bros Liga Sprawiedliwości ledwo dała sobie radę i gdyby nie naciągany respawn świata pewnie by nie ocaliła. Nawet uwielbiani przez tłumy Avengersi ostatnim razem też się nie popisali, sprawiając, że połowa wszechświata miała ochotę wpaść bliskim w ramiona ze słowami „nie najlepiej się czuję”. Prawdziwy świat nie ma jednak zbyt wiele wspólnego z kolorową komiksową kolorystyką. Po zerwaniu maski pozorów okazuje się szary, niesprawiedliwy i brutalny. Nie ma w nim miejsca dla odrealnionych, krystalicznie czystych, przystojnych bohaterów o supersile i superbłyskotliwości. Świat potrzebuje bohaterów, a jedyni, na jakich zasłużył, są równie niedoskonali i pełni wad.

1.
Świat potrzebuje bohaterów, ale czy na nich zasługuje?

Watchmen autorstwa Alana Moore’a (scenariusz) i Dave’a Gibbonsa (rysunki) to komiks uważany za kultowy, genialny i wybitny. Przenosi on czytelników do alternatywnego świata na przestrzeni lat 40 i 80. Społeczeństwo przeżarte korupcją i niesprawiedliwością gnije w zepsuciu i zdeprawowaniu. Na ulicach, w zaułkach i rynsztokach rządzi bezprawie i króluje zbrodnia. Nawet w tak beznadziejnych czasach w niektórych kiełkuje wiara w prawo i porządek. Prości ludzie, a zarazem w pewien sposób idealiści, na wzór komiksowych postaci zakładają kolorowe stroje i jako zamaskowani bohaterowie postanawiają walczyć z przestępczością na własną rękę. Zamiast chwały, uwielbienia i nadziei w sercach obywateli na zamaskowanych bohaterów czeka pytanie „who will watch the watchmen”. Po latach spadkobiercy pierwszych strażników mimo rządowych zakazów muszą ponownie założyć swoje stroje i stanąć do walki z nieznanym zagrożeniem. Posługujący się przydomkami godnymi pracowników branży porno Nocny Puchacz czy Jedwabna Zjawa, to pełni wad i niedoskonałości zwykli ludzie wierzący w nieco lepszy świat. Strażnicy Moora to po pierwsze smutna odpowiedź na pytanie, na jakich bohaterów zasługuje niedoskonała i zepsuta Ziemia. Są oni również mroczną i gorzką ripostą na kolorowe i naiwne wyobrażenie superbohaterskiej rzeczywistości pełnej kolorów, happy endów, wyidealizowanych symboli i niezachwianych wartości.

Blondynka: Każdy superbohater, wyidealizowany przez wielkie wytwórnie czy urealniony, ratuje niejako świat przed złem. A co jeśli to zło już zebrało krwawe żniwo? W tej sytuacji czas na dochodzenie. Wrócę jeszcze na chwilę do kryminalnych zagadek, ale dołożę do nich trochę więcej zwłok i trochę więcej patroszenia. I trochę robaków.

Swego czasu w telewizji był ogromny wysyp seriali, które kręciły się wokół tego samego. Ktoś został porwany, ktoś umarł, ktoś zaklinał duchy, a to wszystko opatrzone walką z czasem. Wśród nich były też te zahaczające o medyczną tematykę w stylu Dr. House’a i choć ten team należy do grupy moich ulubionych, to jest inny, który kocham od dwunastu sezonów.

B.
Kości zostały rzucone?

Dr Temperance Brennnan, jakkolwiek to brzmi, zjadła na cudzych kościach wszystkie swoje zęby. Oczywiście nie sama. Pomagał jej wierny towarzysz, agent Booth i cały jej zespół autopsyjny, badający zwłoki od stóp do głów, pod każdym możliwym kątem i uwzględniając każdą możliwą przyczynę. Razem, ze wszystkimi swoimi umiejętnościami, mogliby rządzić światem. Ale wolą grzebać w trupach.

W ekipie serialu Kości przede wszystkim lubię to, że wszyscy są zupełnie różni i w teorii zamknięci w jednym pomieszczeniu mogliby się pozabijać. Ale tworzą spójną całość, dzięki czemu serial, mimo że ciągnie się jak tasiemiec w jelitach, jest absolutnie genialny. Żeby nie powiedzieć zjadliwy. I być może na jedno kopyto, podobny do wszystkich innych, ale „Dr House” przestał być atrakcyjny po trzech, czterech sezonach (mniej więcej wtedy, kiedy sam Hugh Laurie przestał być atrakcyjny, goląc głowę i zapuszczając brodę). Kości nadal w formie. Albo formalinie. (to jest ten moment, kiedy wszyscy śmieją się z tego zacnego suchara).

Redaktor Ego: Współcześnie niezwykle trudno stworzyć produkcję, która odpowiadałby wszystkim. W czasach walki o powszechną tolerancję każda grupa i mniejszość pragnie i oczekuje posiadania własnej reprezentacji w każdym popkulturowym tekście. Nadal jednak nie przynosi to oczekiwanego skutku i głównie mnoży problemy i nieprzyjemne dyskusje. Twórcy postawieni są pod ścianą, a każdy chce ingerować w ich dzieło, narzucając swoje racje. Jeżeli oczekiwania postępowych środowisk są już realizowane, to często ich przedstawiciele pojawiają się w filmie i serialu tylko po to, aby ktoś dla czystego sumienia mógł sobie odhaczyć obowiązek wobec mniejszościowego widza, a wątek ten ostatecznie niewiele wnosi.

Bliscy idealnego połączenia wciągającej fabuły, świetnych postaci i ducha współczesnych ideologii były siostry Wachowskie (tak, to te same, które jako bracia Wachowscy stworzyli genialnego Matrixa). Bohaterami netflixowego Sense8 jest grupa młodych ludzi reprezentujących całą paletę osobowości i charakterów. Drobny opryszek wychowany na niemieckich ulicach, wykształcona młoda hinduska oczekująca zaaranżowanego ślubu, homoseksualny meksykański aktor, transseksualny hacker -lesbijka, koreańska mistrzyni sztuk walki czy kierowca autobusu z Nairobi. Różni ich absolutnie wszystko i pewnie nigdy by się nawet nie spotkali, gdyby nie to, że są sensatami. Homo Sensorium to, zupełnie jak mutanci Marvela i bohaterowie serialu Heroes, kolejny etap ewolucji. Przedstawiciele nowego gatunku posiadają niezwykłe telepatyczne połączenie. Żyjący w 8-osobowych stadach potrafią się komunikować, wspólnie odczuwać i zwielokrotniać emocje i doznania oraz dzielić się swoimi umiejętnościami i doświadczeniem.

2.
Finał po zaledwie dwóch sezonach to naprawdę spore zaskoczenie.

Społeczna mozaika przedstawiona w serialu, w skład której wchodzą przedstawiciele seksualnych i religijnych mniejszości, zmagający się z utrzymującymi się w niektórych częściach świata niesprawiedliwościami społecznymi wydaje się idealnym pokarmem dla internetowych haterów. Jednak w przeciwieństwie do wielu produkcji, Sense8 broni się świetnie napisaną historią. Prywatne wątki bohaterów przeplatają pełen akcji główny trzon fabuły, którym jest stare jak popkultura starcie niezwykłych jednostek ze złymi naukowcami w kitlach i tajnych ośrodkach. Siostry Wachowskie wykorzystują bohaterów i ich problemy tak charakterystyczne dla ciężkich i poważnych narracji o społecznych niesprawiedliwościach do stworzenia historii, które tak w kinie lubimy – pełnych akcji, dynamizmu, błyskotliwego humoru i postaci rozmiękczających nasze serca. Wszystko to zaś podane jest w niezwykle odważny sposób z fenomenalnymi zdjęciami i świetnym montażem. Trudno uwierzyć, że tak zrównoważony tytuł, który mógłby stać się przełomem i kierunkowskazem w sposobie włączania wszelkich mniejszości do popkultury, skończył się zaledwie po dwóch sezonach. Fani zaś musieli pocieszyć się odcinkiem specjalnym, który w ekspresowym tempie skraca i zamyka wątki wyraźnie rozpisane na jeszcze kilka sezonów.

Blondynka: Takie zdolności mogą jednocześnie scalać ekipę, ale też mocno ją osłabić. Bo jeśli każdy dzieli się ze sobą wszystkim, można szybko trafić na masę niedopowiedzeń. Ale teraz mam dla Ciebie coś na przełamanie tej dość poważnej, jeśli można to tak nazwać, tematyki. Po pierwsze, wyobraź sobie taką sytuację – troje emerytów jest niezadowolonych ze standardów swojego życia i postanawia okraść bank, który pozbawił ich świetlanej przyszłości. Po drugie, dodaj do tej wizji taki obraz – tę zdesperowaną, żądną przygód i pieniędzy trójkę tworzą Morgan Freeman, potulny Alfred z historii o Batmanie i jakiś randomowy starszy pan z filmów klasy B. I ta trójka planuje wspólnie prawdopodobnie jedyne poważne przestępstwo, poza oszukiwaniem w brydża. To się nie mogło nie udać.

untitled-08872.dng

„W starym dobrym stylu” oferuje przede wszystkim zdrową dawkę dobrego humoru, świetnie rozpisane postaci i ciekawie poprowadzoną fabułę, która nie pozwala myśleć o tym filmie jak o kolejnej głupawej komedii. A urocza nieporadność naszych emerytów jest jak wisienka na torcie. Są jak starzy tetrycy, a mimo to potrafią się dogadać, w ten czy inny sposób. I choć wydaje się, że w kupie trzyma ich tylko wspólny cel, szybko wychodzi na jaw, że wszyscy razem tworzą niesamowity emerytowany zespół R, a ich przyjaźń jest na lata. Czy skok ich życia się powiódł – tego nie zdradzę. Ale jeśli masz po pierwsze wolny wieczór, po drugie dość ambitnego i poważnego kina, zapraszam. Ten film nie pozwala się nudzić. Jest jak spacer z balkonikiem na segwayu.

Redaktor Ego: Zastanawiałaś się kiedyś, co działo się z bohaterami bajek i baśni z naszego dzieciństwa kilka lat po wypowiedzianych przez narratora słowach „i wszyscy żyli długo i szczęśliwie”? Czy w Nibylandii nadal wszyscy żyją z dala od groźby dojrzewania, pierwszego niemrawego zarostu na twarzy, przeklętego trądziku i zbliżającej się odpowiedzialności? Niestety mam dla Ciebie złą informację. Nawet będąc w drużynie Wiecznego Chłopca, nie da się uniknąć dorosłości. Przynajmniej nie całkowicie.

Po wygranym starciu z Kapitanem Hakiem Piotruś Pan zaczyna się zmieniać. Zostając nowym przywódcą piratów, traci on powoli swoją niewinność, a dziecięca naiwność sprawia, że nie potrafi odróżnić dobra od zła. Nowe oblicze ukochanego urwisa nie odpowiada Dzwoneczkowi. Wróżka nie mogąc pogodzić się z nowymi porządkami obowiązującymi w Nibylandii, zabiera Wiecznych Chłopców i ucieka do… lunaparku pod Wrocławiem. Milczek, Kędzior, Bliźniaki, Stalówka i Kruszyna, nieco już wyrośnięci, zakładają skórzane kurtki, dosiadają motocykli, wciągają magiczny proszek, uprawiają przygodny seks, klną jak szewcy i od czasu do czasu obiją mordę jakiemuś obiwechowi lub zombie-wampirowi.

3.
Motocykle, horrory i seksowna Dzwoneczek w skórzanej kurtce?

Chłopcy Jakuba Ćwieka to lekka, pełna rubasznego humoru, ostrego języka i podwórkowego piękna historia dla tych, którzy cholernie nie chcą dojrzewać. Wypełniona popkulturowymi nawiązaniami, błyskotliwymi w swej wulgarności dialogami oraz przemawiającymi do wyobraźni obleśnymi fragmentami z pewnością nie trafi do wszystkich. Jeżeli ktoś nie ma gdzieś głęboko w sobie pokrytego pryszczami dzieciaka, pełne finezji wykorzystane przez bohaterów ozdobniki z rynsztokowego leksykonu uzna za niedojrzałe, niesmaczne i głupie. Jeżeli jednak jakaś cząstka nas nadal chciałaby wyskoczyć gdzieś między bloki, by rozbić coś rzuconą cegłą, nabić sobie siniaka przeskakując przez płot, w tajemnicy wypić najtańsze piwo w towarzystwie motocyklowego gangu Dzwoneczka, powinien czuć się jak za starych dobrych czasów.

Blondynka: I to jest Piotruś Pan, którego mogłabym łyknąć. A nie opowieść o chłopaczku, który wmawia dzieciaczkom przed telewizorem, że policja dorosłości nigdy nie zapuka do ich drzwi.

Sporo tu u mnie rozwiązywania kryminalnych łamigłówek i łapania zazdrosnych kochanek, ale cóż – jestem dość monotonna, jeśli chodzi o ulubione filmowo-książkowe ekipy. Ale teraz pora stanąć po drugiej stronie prawa karnego i docenić pewną grupę złodziei. A raczej złodziejek.

Pamiętasz na pewno serię „Ocean’s”, w której to określoną liczbą w tytule grupa osób okrada kasyna czy inne świątynie konsumpcji. I ktoś jakiś czas temu postanowił stworzyć damską wersję tego, nawet się jakoś szczególnie nie kryjąc ze swoim – jak to się mawia w szkole – odgapianiem.

Ocean’s 8 to opowieść o tym, jak Sandra Bullock wraz z Rihanną i innymi pieczołowicie wyselekcjonowanymi babeczkami postanawiają ukraść pewną błyskotkę. I to nie byle jaką, bo wartą więcej, niż cały mój dobytek, razem z mieszkaniem i kartą miejską. Przy okazji nasza prowodyrka chce utrzeć nosa przyjacielowi sprzed lat. Co z tego wynika? Zapraszam do oglądania.

D.

Film bardzo przypomina całą serię Ocean’s, którą znamy, ale kobiecy pierwiastek nadaje mu pewną świeżość. Świetnie zaplanowana akcja, bohaterki zsynchronizowane co do minuty, w idealnym wzajemnym porozumieniu – nie miałam dużych oczekiwań wobec tego filmu, a bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Kobiecy team sprawdził się świetnie i dowodzi tego, że do knucia nadajemy się jak nikt.

Redaktor Ego: Wspominając sporo fantastycznych teamów, aż palce się wyrywają, aby wspomnieć o uzdolnionej młodzieży Marvela. Niestety mutanci w skórzanych mundurkach szkolnych na dużym ekranie utknęli w cieniu innych superbohaterów i jakoś trudno im się przebić w ostatnim czasie na dłużej. Całe szczęście Charles Xavier nie ma monopolu na prowadzenie ośrodków dla wyjątkowych młodych ludzi. Przy wspólnej kawie w ogrodzie z całą pewnością miałby wiele wspólnych tematów do rozmowy wraz z panną Almą Lefay Peregrine.

Zupełnie niczym profesor X prowadzi ona dom będący bezpieczną przystanią dla dzieci o nietypowych umiejętnościach. Osobliwcy, zupełnie jak nosiciele genu X, mają nietypowe zdolności, które w efekcie wykluczają ich ze społeczeństwa. Bycie wyjątkowym bowiem wcześniej czy później ściąga liczne zagrożenia. Millard jest niewidzialny, Hugh w swoim żołądku pozwala mieszkać pszczołom, Olive jest lżejsza od powietrza, Emma ma ognisty nie tylko temperament, a Enoch potrafi ożywiać zmarłych. Na tym ich niezwykłe umiejętności się nie kończą. Mimo że wyglądają jak dzieci, to w skutek przebywania w bezpiecznej czasowej pętli, niektórzy z nich mogą się pochwalić już trzycyfrowym wynikiem w rubryce: wiek. Ich na pozór spokojne życie kończy się, gdy do osobliwego domu dociera Jacob. Chłopak, słuchając w dzieciństwie niezwykłych opowieści swojego dziadka, postanawia odnaleźć panią Peregrini. Odkrywa niezwykły świat, poznaje zagrożenie, jakie wisi nad osobliwcami i w końcu sam poznaje swój niezwykły dar.

4.
Od powieści dla dzieci przez dramat wojenny po wiktoriański horror? Ależ żaden problem.

Książki Ransoma Riggsa pozują na literaturę dziecięcą i młodzieżową. Pierwszy tom przedstawia nam Jacoba Portmana i przybliża historię niezwykłych jednostek. Główny bohater smakuje letniej miłości, poznaje nowych przyjaciół i próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie dokładnie znajduje się jego miejsce na świecie. Aura niezwykłej historii ulega diametralnej zmianie w kolejnych tomach, gdy Jacob wraz z osobliwymi podopiecznymi wyrusza w niebezpieczną misję ratunkową. Dzieci muszą zmierzyć się głucholcami, które wyglądają niczym wyjęte z koszmarów młodego Lovecrafta, są naocznymi świadkami cierpienia i okrucieństw II wojny światowej i nieustanie muszą uciekać przed swoimi prześladowcami. Klimat „Domu dla zmyślonych przyjaciół pani Foster” na przestrzeni kolejnych tomów zmienia się w wiktoriański koszmar. Sprawiając, że autor od młodego czytelnika wymaga o dojrzewania o wiele szybszego niż to zaproponowane przez J.K. Rowling. Książki z serii Osobliwy Dom pani Peregrini jest wyjątkowy także pod innym względem. Riggs skompletował kolekcję niezwykłych starych fotografii (będących idealnym materiałem do filmu w stylu 10 CREEPIEST Photos That Can’t Be Explained) i to wokół nich dopisał cały swój cykl.

Blondynka: Dziecięce ekipy są dla mnie niestety mało atrakcyjne. Od czasów Harry Pottera nie spotkałam żadnej, która mogłaby mnie czymś urzec. Ale Harry Potter to kawał dzieciństwa, cała reszta to tylko grupa dzieciaków, które z jakiegoś powodu nie mają obowiązków w domu. Na koniec natomiast mam dla Ciebie ekipę, która się tu jeszcze nie pojawiła, a zasługuje na szczególne miejsce na moim teamworkowym podium. Po raz kolejny dziś głównie przez sentyment.

Moja taneczna przeszłość nie pozwala mi przejść obojętnie obok filmów z tej kategorii czy szeroko pojętych musicali. Tak więc chłonę każdy z nich pomimo identycznego schematu – grupa miłośników tańca tworzy swój wyjątkowy crew i próbuje zdobyć ten czy inny tytuł mistrzowski. W międzyczasie pojawia się romans główny i dwa poboczne, wszystkie wychodzą na jaw pod koniec i ostatecznie każdy żyje happily ever after. Brzmi jak nudny wieczór z dwunastoletnią siostrą chłopaka, ale sentyment to sentyment.

E.

Ze wszystkich „stepapów” moim ulubionym jest chyba czwarta część, nazwana „Revolution”. Po pierwsze odpowiada mi zarys fabularny, po drugie uwielbiam bohaterów jak drużynę. Najlepsi przyjaciele, zgrana ekipa, utalentowani tancerze. Dużo śmieszkują, pomimo że tak naprawdę są w czterech literach, korzystają z dobroci, jakie oferuje słoneczne Miami, a przede wszystkim mają genialne pomysły i świetnie dopracowaną choreografię. Nie potrafię nie zauważyć tych idealnie zgranych flashmobów, bo to naprawdę nie lada sztuka. Czego chcieć więcej? Do tego wykorzystane akurat w tej części soundtracki molestuję na YouTube do dziś.

Redaktor Ego: Przenieśmy się teraz do cudownych lat 80. Wyobraź sobie niewielkie amerykańskie miasteczko, grupę dzieciaków jeżdżących na rowerach, klimat niedawnego Holloween, walkie-talkie oraz masę naprawdę pokręconych rzeczy dziejących się wokoło. Jeżeli pierwszą myślą, jaka przyszła Ci do głowy jest ekipa z Hawkins to… mam dla Ciebie złą wiadomość, bo to błędna odpowiedź. Na kilka miesięcy przed tym nim świat zdążył pokochać bohaterów Stranger Things, scenarzysta Brian K. Vaughan oraz rysownik Cliff Chiang zaprezentowali serię komiksową, przy której wydarzenia z serialu są równie niezwykłe co niedzielny poobiedni spacer.

Wszystko zaczyna się wczesnym rankiem listopada 1988 roku. Na ulicach z łatwością można dostrzec ślady po wieczorze Halloween. Chodnikami włóczą się nastolatkowie w strojach ulubionych postaci z horrorów – zbuntowane niedobitki wczorajszych obchodów – jest wilkołak i jest Freddy Krueger. Nie wszystkie dzieciaki mogą jednak pozwolić sobie na błogi stan spowodowany nadmiarem cukru w organizmie potęgowany ciepłem łóżka (idealny miejscem na przetrwanie listopadowych już poranków). Niektórzy w tym czasie muszą zarobić na swoje kieszonkowe. Grupa 12-latek zajmujących się dostarczaniem gazet robi co tylko może, aby spełnić swój obowiązek względem małomiasteczkowej społeczności Stony Stream w Cleveland. Jest to dla nich dzień jak co dzień, pomijając może kilku przebierańców kręcących się po uliczkach, i nic nie zapowiada, aby spotkało je coś niezwykłego. Do momentu, gdy wpadają na tajemnicze postaci w strojach ninja, w piwnicy znajdują kapsułę kosmiczną obcego pochodzenia i są świadkami inwazji latających dinozaurów na przedmieścia… a to wszystko dopiero początek.

5.
Pora sklepać tyłki tym wymoczkom z Hawkins!

Erin, MacKenzie, KJ i Tiffany, bohaterki komiksu Paper Girls, są błyskotliwymi, zaradnymi, odważnymi, bezwzględnymi i uroczymi dziewczynkami. Mimo nagromadzających się problemów, niejasności, niezwykłości i trudnych do wyjaśnienia zjawisk i wydarzeń zakasują rękawy (a co niektóre odpalają nawet papierosa) i za wszelką cenę chcą wybrnąć z niekorzystnej sytuacji, niejednokrotnie pokazując, że mają większe jaja niż niejeden bohater kina akcji. Wyobraź sobie małe miasteczko, które jest świadkiem wielkiego crossoveru Wojny Światów Wellsa, japońskiego Evengelion, Powrotu do Przyszłości i Apocalypto Gibsona. A pośrodku tego wszystkiego są cztery (pozornie tylko) bezbronne 12-latki.

Blondynka: Ekipę można zbudować wszędzie, w każdej sytuacji i w zasadzie z każdym. Wystarczy tylko trochę się od siebie różnić, mieć wspólny cel albo wspólnego wroga, a reszta sama jakoś się potoczy. Można czasem rzucać w siebie nożami, czasem spiskować przeciw sobie nawzajem, ale w grupach jest tak, że zawsze ostatecznie każdy za każdym wskoczyłby w ogień, lód albo i nawet kisiel. No, chyba że w imię władzy czy innych pieniędzy się pozabijają, jak to bywa np. u wikingów. Generalnie jednak grupy są całkiem przyjemnym i atrakcyjnym dla odbiorcy contentem, więc cóż innego nam pozostaje, niż tylko zbierać kolejne ulubione stada.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: