Trójkąt bez Zobowiązań #2: Niewidzialny współlokator

Skrzypiące drzwi, przeciąg otwierający okna, niepokojące dźwięki dobiegające ze strychu, spadające z półek przedmioty oraz wszelkiego rodzaju szuranie, szepty, pukanie i stukanie. Jeżeli Twój dom pełen jest wspomnianych wyżej atrakcji, gratuluję. Najprawdopodobniej jesteś szczęśliwym posiadaczem ducha. Chociaż jest to poważny powód do zmartwień i warto w tym momencie zaopatrzyć się w żelazo, sól, wodę święconą, biblijne wersety i inne tradycyjne środki samoobrony, warto pamiętać, że duchy mamy przeróżne. Zanim zaczniemy się bać, warto zapoznać się z kilkoma ich rodzajami.

Duch nie musi przybywać z zaświatów

To, że lokalnym wiedźmom lepiej się nie naprzykrzać powinien wiedzieć każdy. Już, szczególnie gdy żyje się w lesie z dala od miasta, dodatkowo na początku XIX wieku. Ze wszelkiego rodzaju samotnymi i ekscentrycznymi staruszkami o wątpliwej lokalnie reputacji najlepiej utrzymywać względnie ciepłe stosunki. Bądź jeżeli dobry Pan dopomoże, kontaktu nie utrzymywać w ogóle. Wystarczy, że wejdzie się w takiej w drogę, przejedzie powozem kota lub Twój dzieciak nieopatrznie zacznie żreć jej parapet i już, tragedia gotowa. Właśnie zasłużyłeś na pakiet przekleństw Premium. Gar ze śmierdzącym płynem już się grzeje, flegma przelatuje przez prawe ramie, łojowe świeczki dymią, aż oczy szczypią i chwilę później do bram spokojnego świata żywych puka oferujący cierpienia i nieszczęścia wszelakie domokrążca z samego dna piekła.

Jednak żebyśmy my mogli czuć się bezpiecznie, ktoś wcześniej musiał na własnej skórze przekonać się, że nie warto zadzierać z wiedźmą i swoje nieprzyjemne doznania spisać dla potomnych ku przestrodze. Rodzina Bellów z Red River w Tennessee, w swojej wspólnocie była niezwykle szanowana. John Bell, mając głowę do interesów, zapewnił swoim bliskim dobrobyt, a i przy okazji zadbał o lepsze miejsca na Sądzie Ostatecznym, stawiając miejscowy kościół. Mężczyzna jednak nie był pozbawiony wad i swoje bogactwo powiększał nie zawsze uczciwie. Jakby wystarczającą karą, gdy wszystko wyszło na jaw, nie była sama ujma na honorze, to na ofiarę podatkowych przekrętów Bell wybrał sobie zadziorną kobiecinę, o której „we wsi gadają”. Nie pozostając mu dłużna za krzywy, rzuca na niego i jego ukochaną córkę Betsy klątwę. Niestety jest ona początkowo nieco rozczarowująca.

1a
Duch ten dręczy zazwyczaj studentów. Nie pozwala im się porządnie wyspać, męcząc czymś o czym pragną zapomnieć. 

Nie ma biegania nago po lesie o północy, nie ma wielkich ognisk i palenia anatomicznych elementów małych niewinnych zwierzątek. Nie ma wycia wilka i ryś co zęby szczerzy, też się nie pojawia. Brak krwawych śladów i niepokojących kręgów. Ogólnie trochę biednie. Nawet słowa klątwy jakoś niespecjalnie się rymowały, a gniewu było równie dużo co w oczach małego jelonka. Jeżeli ktoś się już w tym momencie nie przyłoży, to trudno oczekiwać, żeby wiele działo się później. Byt nawiedzający córkę Bellów początkowe jest dość skromnie wyposażony w umiejętności. Trzaśnie drzwiami, powoli zdejmie koc z dziewczyny, pociągnie ją za włosy czy rozpruje poduszkę. Zupełnie jakby chciał się jedynie bawić. Z czasem nauczy się wymawiać jej imię, więc szepcze je, powtarzając dziesiątki razy na coraz większym przyśpieszeniu. Ogólnie nie pozwoli się wyspać, dopóki nie zamęczy swojej ofiary.

An American Haunting to oparty na faktach horror posiadający niewątpliwie świetny klimat, zbudowany za pomocą przejmującej muzyki i XIX-wiecznych problemów z dobrym oświetleniem. Z czasem nękania ducha eskalują, chociaż niestety nie stają się przez to ani trochę straszniejsze. Wraz z intensywnością działań zjawy, nasila się wizualna kreatywność. Kolorystyka obrazu wielokrotnie się zmienia, a my możemy obserwować dom z perspektywy niematerialnego bytu. Dynamika ujęć podkręca dodatkowo klimat, wprowadzając nieco więcej zamieszania, lecz równie łatwo może spowodować zawrót głowy (mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na szalony pomysł stworzenia ghost‚s point of view). Chociaż tytuł wydaje się nie być specjalnie odkrywczy – no cóż, dominują tutaj trzaskające drzwi, niepokojące szepty, nie do końca upiorna mała dziewczyna, a i małe elementy egzorcyzmów też się przewijają – końcem końców jednak opowiada bardzo ciekawą historię, niekonwencjonalnie podchodząc do motywu straszenia i nawiedzeń. Dostajemy co raz więcej wskazówek pozwalających nam rozwikłać zagadkę i znaleźć odpowiedź na nurtującego każdego łowcę duchów pytanie, o co tu właściwie chodzi? Niestety świetny fabularny pomysł zostaje przykryty olbrzymią dawką chaotycznego, nieskładnego i niekonsekwentnego montażu, zwiększającego ryzyko, że właściwy wydźwięk filmu przemknie nam koło nosa, a my wkurzymy się, że nie dostaliśmy najważniejszej odpowiedzi i teraz musimy się wszystkiego domyślać. A jak ktoś kończy oglądanie w takim stanie, raczej drugi raz do filmu nie sięgnie.

An American Haunting (2006) 6/10
Nie tylko Charles Dickens wiedział, że duch wcale nie musi pochodzić zza grobu.

 

Osobliwy dom pani Winchester

Wszelkiego rodzaju zjawy, upiory i inne niematerialne byty, mają bardzo charakterystyczny gust, jeżeli chodzi o architekturę. Uwielbiają stare, wielkie i przestronne domostwa. Koniecznie takie ze strychem pełnym pajęczyn, wysokimi łożami z wolną przestrzenią pod nimi, rekreacyjnym pokojem zabaw ze sprawnym bujanym fotelem na wyposażeniu i oczywiście jakimś krwawym epizodem z przeszłości. Ile już razy widzieliśmy dworek w stylu wiktoriańskim, który stawał się placem zabaw dla duchów (kto pierwszy wymieni 10 wygrywa). Wszystkie liczne pokoje i zakamarki, cała ta przestrzeń i możliwości gwarantują niematerialnym gościom zawsze mnóstwo zabawy. Jakże przyjemnie jest gonić wrzeszczące worki mięsa i kości, uciekające długimi korytarzami i zamykające przed nami kolejne drzwi naiwnie wierząc, że są one w stanie nas powstrzymać. Zwykła kawalerka nie daje tyle radości.

2a.
Mając w tak wielkim domu duchy, możesz się nimi w ogóle nie przejmować. Bardzo prawdopodobne, ze nigdy nie trafisz na żadnego.

Nieukończona rezydencja Sary Winchester jest więc idealnym miejscem dla zagubionym i żądnych zemsty dusz. Ponad setka pokoi, sale balowe, tysiące szyb do wybicia, masa schodów i krętych korytarzy oraz mnóstwo rzeczy do przewrócenia i zniszczenia. Raj dla duchów lub… przebiegła pułapka. Ktoś z tak ogromnym zamiłowaniem do projektowania i nieustannych przemeblowań, dysponując przy tym imponującymi środkami finansowymi, zasługuje na miano osoby ekscentrycznej. Jakby tego jeszcze było mało, drobne szaleństwo naszej bohaterki ma swoje drugie dno. Jak przystało na kogoś on nazwisku Winchester, zajmuje się ona polowaniem na duchy.

Imponujące domostwo jest ogromnym wabikiem na rozgoryczone dusze i główną bronią Sary w jej wojnie z osobistymi demonami. Czując się winna każdej śmierci spowodowanej karabinem sygnowanym nazwiskiem jej przodków, próbuje naprawić wyrządzone pośrednio zło i prosi dusze zmarłych o przebaczenie. Nie wszyscy jednak są w stanie przełknąć fakt, że ich żywot został niespodziewanie przerwany przez kawałek ołowiu wystrzelony w ich kierunku z eleganckiego karabinu. Kobieta nie ma jednak zamiaru się poddać i nie spocznie, dopóki nie wyrówna stale rosnącego rachunku wobec zmarłych. Nie przeszkodzi jej nawet próba zrobienia z niej niepoczytalnej.

Dom o skomplikowanym układzie pomieszczeń oraz wcale nie małą listą niematerialnych gości wyraźnie wskazuje, że Winchester czerpie inspiracje z Trzynastu Duchów Becka. Niestety wbrew pozorom architektoniczny potwór pozbawiony jest atrakcji. Kilka początkowych jump scare zapowiadało, że będzie to jeden z tych filmów strzelających do widza brzydkimi twarzami. I w sumie nie powinno to nikogo dziwić, w końcu tak wielkie domostwo idealnie nadaje się do skakania, zaskakiwania i wyskakiwania z każdego zakamarka. Szybko jednak prosty straszak staje się czymś o wiele gorszym. Film zostaje przegadany i zamienia się w jedną ciągnącą się dysputę na temat wiary w duchy, ciężaru odpowiedzialności, godzenia się ze stratą i walką w obronie bliskich. W tym czasie miło jest oglądać na ekranie Helen Mirren w roli Sary Winchester, niestety jej ekranowy partner, będący tym ważniejszym bohaterem, któremu musimy częściej towarzyszyć, jest pozbawiony charakteru i charyzmy. Nic dziwnego, że zjawy nie chcą mieć z nim nic do czynienia, nawet według nich jest zbyt nudny. Jedyną osłodą są finałowe sekwencje. Na koniec, dla tych najbardziej wytrwałych, przygotowano całkiem efekciarskie popisy. Chociaż przy prawie całkowicie przegadanym filmie i małe ilości duchów w produkcji o duchach, nawet najmniej kreatywnie wykorzystana odrobina efektów wydaje się czymś niesamowitym. Szkoda, bo przecież było tyle miejsca do ucieczek, tyle zakamarków do odwiedzenia i tyle luster do odbicia przerażających uśmiechów. Był nawet dzieciak, który mógł odstawić nam drugiego Omena.

Winchester. Dom duchów (2018) 4/10
Wielka chata pełna duchów wcale nie oznacza intensywnego straszenia

 

Smutna prawda o życiu po śmierci 

Popkultura niemal na każdym kroku, często pod płaszczykiem rozrywki, próbuje odpowiadać na różne męczące nas pytania. O to, jak wyglądałaby nieśmiertelność, jakie zagrożenie może nieść podróż w czasie czy jak dokonać morderstwa idealnego nie ryzykując przy tym złapania. Między tym wszystkim pojawiło się również wiele wyobrażeń na temat naszego życia po śmierci. Zazwyczaj nie tego radosnego, pełnego aniołków i zielonej trawy, ale związanego z karą za ziemskie przewinienia. Jeszcze do niedawna o miano najstraszniejszej dla mnie wizji piekła rywalizowała opcja classic ze smołą, widłami, potępieńczymi krzykami, rogatymi strażnikami i całym tym all inclusive oraz propozycja Crowleya z Supernatural. Okazuje się jednak, że po śmierci może być jeszcze gorzej.

Głównymi bohaterami Ghost Story, jest młoda, może nie do końca idealna, ale wyglądająca na całkiem szczęśliwą, para. Wiodą oni spokojne życie, unikając poważnych i wstrząsających problemów. Tulą się do siebie, głaszczą, opowiadają o przeszłości i planują przeprowadzkę. Najprostsza z możliwych idylla, o której niejedni w głębi serca marzą. Jaki byłby to jednak dramat, gdyby wszystko dalej podążało ścieżką do „żyli długo i szczęśliwie”. Mężczyzna ginie w wypadku samochodowym. Bez szans na ratunek trafia prosto na stół w kostnicy zakryty białym prześcieradłem. W tym momencie jego wątek wydaje się zakończony. Wbrew oczekiwaniom widza, że to jego dziewczyna zostanie teraz osamotnioną duszyczką zmagającą się z ciężarem codzienności, nasz zmarły wstaje. Nie robi tego jednak jak większość zombie. Nie straszy martwą bladością, nie ma chrapki na świeży mózg i nie zaczyna gnić na naszych oczach. Wstaje on wraz ze swoim ostatnim w życiu prześcieradłem i zupełnie niczym duch z dziecięcych wyobrażeń, zaczyna się snuć po korytarzach.

3a.

David Lovery wywraca tradycję opowiadania o duchach zupełnie do góry nogami. Duch uważający, że ma jeszcze po tej stronie niedokończone sprawy, nie jest wcale wielkim kłębkiem negatywnych emocji. Jest spokojny, zagubiony i w pewien sposób nawet uroczy. Casey Affleck zmuszony do spędzenia większości czasu nagraniowego z białym prześcieradłem na głowie staje się niestrudzonym, wytrwałym obserwatorem. Filmowy dramat jest zupełnym przeciwieństwem i całkowitym kontrastem dla niemal każdej produkcji o duchach. Jednocześnie jest tytułem wyłącznie dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach.

Główny bohater po śmierci jest wyprany z większości swoich emocji równie dobrze co prześcieradło, które nosi. Jego zaangażowanie ogranicza się do nieproduktywnego (nawet jak na zmarłego) stania w miejscu niczym mebel czekający na przeprowadzkę. Obserwuję on swoją ukochaną z jednego miejsca, a dni, miesiące i lata mijają. Mieszkańcy domu się zmieniają, wszystko przemija, a duch pozostaje na swoim posterunku, nawet, wtedy gdy nie ma dla niego już żadnego miejsca. Resztka tlącej się w jego martwej duszy miłości, która kazała mu pozostać po tej stornie, w końcu się wypala. Nie zostaje już nic. Krąży z miejsca na miejsce i najzwyczajniej w świecie się nudzi. Nudzić może się też nieprzygotowany widz. Lovery oferuje nam niezwykle długie, pełne ciszy i spokoju przeciągnięte sceny rodzajowe. Zupełnie jak skazany na niebycie duch obserwujemy je z cierpliwością dokumentalisty. Mimo niekonwencjonalnego rozwiązania, które może z łatwością odepchnąć w swojej prostocie Ghost Story potrafi w pewien sposób wzruszyć. Nie jest to horror o duchach, nie jest to nawet dramat o miłości ponad śmierć. To horror o przemijaniu i dramat o Niczym, ale takim przez duże N. W sposób prosty, lecz przejmujący i zarazem dobijający prezentuje cały wachlarz niemocy – niemocy kochania, działania, brak celu, swojego miejsca w przestrzeni i punktu w czasie. Jeżeli podczas oglądania filmu się nudziłeś, to nawet nie wiesz, jak blisko byłeś zrozumienia piekła, do jakiego trafił główny bohater.

A Ghost Story (2017) 8/10
Bardzo prawdopodobne, ze po swojej śmierci zostawiamy za sobą nie tylko ciało, ale i wszystkie emocje. Oznacza to, że duch mogą być równie nieszkodliwe co niezauważalne… aż robi się ich trochę szkoda. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: