Seans Fantastyczny #2: Jarmarczne sztuczki Netfliksa: Bright (2017)

Gdy półki w księgarniach uginają się od kolejnych tytułów o czarodziejach zmagających się z magią ukrytą gdzieś w ciemnych uliczkach wielkich miast. Gdy na małych ekranach kolejne międzygatunkowe romanse kwitną w najlepsze, a saga rodu Winchesterów zamienia się powoli niekończącą się telenowele. W tym czasie kino cierpi na poważny nieurodzaj magii. Chociaż gatunek, nazwany przez Martina bękartem horroru i fantasy, ma się naprawdę dobrze, niestety na dużym ekranie został niemal całkowicie osierocony i dawno pozostawiony na schodach przed drzwiami. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło urban-fantasy movies i jedną z pierwszych propozycji będzie Legion Samobójców. Pomijając nawet kwestię wykonania to naprawdę smutne i wiele mówi. Niedobór kolorowych magicznych fajerwerków na ulicach ludzkich miast starają się uzupełnić fantastyczne zwierzęta mogące sobie swobodnie hasać głównie za sprawą miłości, jaką świat zapałał kiedyś do pewnego młodego czarodzieja, który już dawno miał swoje pięć minut. Jasnym przebłyskiem nadziei wydawał się netlfiksowy film Davida Ayera (dokładnie tego samego od Legionu…). Chociaż na małym ekranie, to z kinowym rozmachem. Chociaż o magii, to jedynie z prostymi sztuczkami.

Bright przenosi nas do alternatywnego magicznego Los Angeles. Fantastyczny odpowiednik Miasta Aniołów nie jest tak kolorowy, jak bliżej nam znany oryginał. Skąpo odziane nastolatki nie jeżdżą na wrotkach, rozkoszując się smakiem lodów w wafelku. Włosy związane w końskie ogony nie falują na wietrze, a niedokładnie osłonięte ciała nie są narażane na szkodliwe promieniowanie słoneczne. Za takie wyobrażenie najludniejszego miasta w Kalifornii proszę nie obwiniać mnie, ale kulturę masową. Filmowe miejsce akcji jest szare, przygaszone i brudne. Społeczny koloryt miasta tworzą stworzenia, które mogły uciec z głów Tolkiena, C.S. Lewisa czy J.K. Rowling. Chociaż przyglądając się smutnym twarzom, zaśmieconym ulicom oraz bijącej z każdej strony apatii, niechęci i zmęczeniu, bardziej prawdopodobne, że wszyscy oni urwali się z planów kasowych produkcji, na których marzenia o filmowej karierze zamieniły się w wielogodzinne statystowanie, a ich główne role mówione ograniczały się do „złowrogich pomruków” lub „wojennych okrzyków, od których włosy bohaterów jeżyły się na głowie”. Może smutek miasta ma coś wspólnego z wizją z Niekończącej się opowieści? Magiczne stworzenia zapomniane i osamotnione dogorywają w cieniu superbohaterów w pelerynach, którymi zachwyca się teraz świat. Tyle tylko, że zamiast powolnej, lecz nieubłaganej anihilacji, dotykają ich dorosłe i o wiele bardziej codzienne i mniej fantastyczne problemy, takie jak wzrost bezrobocia, przestępczość na ulicach, korupcja, nierówności społeczne i narkomania. Świat, chociaż smutny wydaje się kusić i szeptać o swoich skrywanych tajemnicach. Takie miejsce lubimy odwiedzać, mimo że nigdy nie chcielibyśmy w nich zamieszkać. Zachęca do zapoznania się ze swoim zepsuciem i smutkiem podanym w proporcjach idealnych dla kryminału przesączonego ludzką tragedią. Co jednak z tym wszystkim robią nasi pomysłowi twórcy? Miały być czary, miała być magia, miał być przepis na fantastyczne fantasy dla dorosłych. Co zamiast tego nam zaoferowano. Od całej tej kreatywności i pomysłowości, jaką przygotował dla nas film, aż kręci się w głowie.

MK1_3684.CR2

W całym tym smutnym mieście, z którego wysłanie kartki z podpisem Pozdrowienia z Krainy Czarów zakrawa na przesiąknięty ironią dowcip, porządku ma pilnować ramię w ramię niezwykły policyjny duet. Daryl Ward jest człowiekiem, zmęczonym i wyraźnie sfrustrowanym swoim życiem, Nick Jackoby to pierwszy ork rozpoczynający pracę w policji. Nic więc dziwnego, że biję od niego pozytywne nastawienie, a drobne ptaszki i zwierzątka w drodze do pracy śpiewają i tańczą wyłącznie dla niego. Partnerzy mają ze sobą tak mało wspólnego, że wręcz oczywiste jest, że rozpoczynająca się między tą dwójką współpraca przebiegać będzie niezwykle opornie. Cały zapał naszego Shreka w wersji slim gasi otwarta niechęć Warda i gęsty, tak że można go kroić toporem, rasizm wyczuwany w miejscu pracy. Po zaprezentowaniu głównych bohaterów, przejść możemy do kreatywnych pomysłów i najciekawszych posunięć wykorzystanych w filmie.

1.

Chociażbym chodził ciemną doliną, nietolerancji się nie ulęknę

Po pierwsze mamy Willa Smitha wcielającego się w głównym duecie w naszego stale wkurzonego człowieka. Może on wykorzystać wszelkie swoje talenty i pomysły do spróbowania sił w zupełnie świeżej postaci dla niego przygotowanej. Pod warunkiem, że w tym momencie całkowicie zapomnimy o tym, że rozkrzyczanego, nadpobudliwego i działającego pod wpływem emocji mundurowego zagrał w Ja, robot, Bad Boys, Facetach w Czerni, czy Dniu Niepodległości. Jeżeli akurat wyleci nam to z głowy, to przecież może być całkiem ok. Zapomnieć o tym nie mógł jednak sam zainteresowany. Musząc odgrywać po raz kolejny identyczną postać, jednocześnie pozbawioną nowego elementu, do którego mógłby się dopasować, Smith wygląda na zmęczonego i znudzonego. Zupełnie jakby zaczął robić to z przymusu, a na każdą kolejną tego typu propozycję odpowie strzałem w kolano swojego agenta. Nie ma się temu, co dziwić i krytykować samego aktora. W końcu ktoś kazał mu zagrać ponownie identyczną postać, jednocześnie oczekując, że zrobi to tak jak nigdy do tej pory i dorzuci coś nowego. Tyle tylko, że nawet najlepszemu mogą w końcu skończyć się pomysły.

Brak pomysłów i wyobraźnia, w której niepodzielnie rządzi hulający przeciąg, to najgorsze co może spotkać twórcę fantasy. Znanym powszechnie poglądem jest, że wszystko po Tolkienie to jedynie wariacja na jego temat. Nie zwalnia to jednak nikogo z przynajmniej odrobiny kreatywności. Całe jej mnóstwo jest wręcz oczekiwane. Tworząc kolejny fantastyczny świat, tak naprawdę nic nas nie ogranicza i możemy mieć w głębokim poważaniu zarówno prawa fizyki, jak i logikę. W końcu, jeżeli ktoś zacznie się czepiać, możemy odprawić go załatwiającym wszystko pytaniem: stary, nie przeszkadzają Ci smoki i magiczne wróżki, ale czepiasz się, bo mój bohater przez całą książkę ani razu nie zatankował samochodu?. Co z tym faktem robią Landis i Ayer? Jadą po linii najmniejszego oporu, bo skoro mamy miasto pełne magiczny stworzeń to chyba wystarczy. Wszystko, co jesteśmy w stanie zobaczyć na ekranie to tania sztuczka polegająca na zamianie miejscami monet schowanych w rękawie. I to w taki sposób, że zauważenie oszustwa nie jest wcale trudne. Cały świat bowiem zbudowany jest na prostym schemacie i powszechnych w świecie fantasy stereotypach. Wulgarne, niebezpieczne i zdziczałe orki zastępują ulicznych gangsterów uwielbiających rap i złote łańcuchy na szyi. Odczuwający wyższość wobec każdego wokół elegancko ubrany elf jest agentem federalnym. Nawet mała wróżka zastępuje tutaj szczura, którego na prośbę żony trzeba wywalić za drzwi, dzierżąc w dłoni miotłę +5 do siły, bo pułapka założony w zeszłym tygodniu się nie sprawdziła. Podobno nawet nad miastem można zobaczyć smoka odgrywającego zapewne rolę samolotu. Niestety w tym momencie musiałem mrugnąć, bo nie było mi dane go zobaczyć. Wszystko wymienione jest tu w najbardziej oczywisty i prosty sposób. Co niestety strasznie rozczarowuje. Bright staje się bowiem najzwyklejszym filmem buddy cop, wyróżniającym się jedynie nieco innymi niż zwykle rekwizytami i charakteryzacją.

2.
Zrobimy to, jak Tango i Cash, czy może jak Riggs i Murtaugh? Ej, a widziałeś może „Facetów w Czerni”? 

Netfliksowa próba zabawy z fantasy kończy się na niewykorzystanym ogromnym potencjale (z resztą ktoś udowodnił, że ma do tego talent swoją pracą nad Legionem Samobójców). Świetnie wyglądający świat pod względem technicznym przygotowany jest wręcz niesamowicie. Wszystkie nierealistyczne elementy wyglądają niezwykle prawdziwie i naturalnie. Niestety to jedynie powierzchowność, pod którą ukrywa się wtórność, brak pomysłu i kreatywności. Bright, zamiast oczarować, wygląda niczym ładnie ubrany iluzjonista na wioskowym jarmarku. Już z daleka rzuca się w oczy, czarując urokiem i przyciągając aurą wiszącej w powietrzu przygody. Wystarczy jednak kilka chwil, aby złamano nam serce i zniszczono dziecięcą wiary w magię i czarodziei. Okazuje się bowiem, że staruszek, który stoi przed nami, wcale nie jest Gandalfem, a naszym rubasznym wujkiem widywanym raz do roku, który rozbawia towarzystwo, wyciągając zza uszu monety.

Egoistyczna Ocena: 

5.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: