Trójkąt bez Zobowiązań #3: Handsome and the Beast

Ostatnio w najlepsze kwitną nam międzygatunkowe romanse. Nieśmiałe i niepewne swojego dojrzewania dziewczyny zakochują się w wilkołakach, wampirach lub gdy zaczyna którąś naprawdę suszyć to i rybą nie pogardzi. Czasem one chcą wsadzić im kołek w serce, oni zazwyczaj chcą wepchnąć im coś zupełnie innego. Nie ma się czemu dziwić, baśnie znane z dzieciństwa zapewniały je, że do każdej księżniczki w końcu przyjedzie książę na białym koniu. Zamiast mustanga prowadzonego przez przystojniaka, pojawiają się BMW z parobkiem folwarcznym w środku. Bez sensu jest dłużej czekać, a wystarczy sięgnąć po inny materiał źródłowy, Bella w końcu wiodła całkiem udane życie u boku Bestii. Co prawda zostawiał sierść w pościeli i ślinił się przy jedzeniu, ale miał za to wielki pałac i w łożu zapewne niezły był z niego zwierzak. Panie zmieniły swoje upodobania. Faceci tez nie mają jednak lekko. Wszystkie księżniczki zostały zjedzone przez smoki. Dlatego w desperacji muszą wchodzić do innych jam, dziur i leży… licząc, że tam uda im się coś upolować.

Zakochany Kundel

Wzruszające historie o uczuciach rodzących się pomimo przeciwności i podziałów, historie o miłościach czystych, silnych, pięknych, takich do grobowcowej sceny, niezważających na największe nawet różnice. Legendy o rycerzach i pięknych białogłowych, dramaty o szlachetnie urodzonych amantach i nieletnich obiektach ich westchnień, czy nawet listy pełne uwielbiania i cierpienia zarazem. Związki tego kalibru fascynowały nas już od dawna, trochę niewłaściwe, nie do końca akceptowalne i zazwyczaj ze średnio szczęśliwym zakończeniem. Już w szkole uczono nas, że miłość podobno niejedno ma oblicze. Czasy się zmieniają, upodobania, gusta oraz potrzeby nie tylko kochanków, ale i publiczności się zmieniają. Romantyczne historie znacznie częściej mają happy end, napotkane przeciwności są błahe i niejednokrotnie zabawne, a koniec końców zawsze wygrywa miłość, a wszyscy wokół tańczą, klaszczą i śpiewają. Raczej niewielkie mamy szanse, że trafi nam się porządny pojedynek na miecze, nikt już nie korzysta z magicznych eliksirów, a już z całą pewnością współczesne kino romantyczne wystrzega się targania na własne życie. Mimo ewidentnych zmian w bukiecie przypraw, współczesne historie miłosne niewiele różnią się od tych klasycznych. We wszystkich można wyczuć przewijające się nieustanie te same schematy i powtarzające się „zaskakujące” zwroty akcji. Nawet jeżeli wymienić bohaterów na niestandardowych, wszystko i tak potoczy się tak, jak zwykle. A podobno miłość potrafi być nieprzewidywalna.

Młoda Vivian należy do rodu wilkołaków. Żyje ona pod opieką troskliwego stada, które uwiło sobie dość bezpieczne i przytulne gniazdko w stolicy Rumunii, zapewne zupełnie nie przejmując się bliskim sąsiedztwem hrabiego Draculi. Starają się żyć na uboczu w zgodzie z odwiecznymi prawami i tradycjami obowiązującymi członków wilczego rodu. Przywódca stada, a zarazem ten najprzystojniejszy, może wybrać sobie co parę lat nową partnerkę (no zgadnijmy, na kogo tym razem wypadnie), raz na jakiś czas z gołymi klatami latają po lesie, a aby nie rzucać się niepotrzebnie w oczy, każdą przeszkodę napotkaną podczas spaceru po mieście pokonują z gracją początkujących parkourowców. Przedstawicielom ostatniego miotu skostniałe zasady nie bardzo przypadają do gustu. Vivian nie chce aranżowanego związku, a jej kuzyn z chęcią zacząłby jadać na mieście, zamiast wychodzić za każdym razem do lasu. Nieszczęście nierozumianej przez rodzinę i rówieśników dziewczyny w romansach działa niczym magnes. Gdy troska już bardziej nie może wyryć się na jej ślicznej buzi, pojawia się on.

A.

Blood and Chocolate w oczywisty sposób próbuję połączyć klasyczną historię miłosną z odrobiną fantastycznego folkloru. W obu elementach film wykorzystuje utarte już schematy, nie dodając od siebie nic nowego. Dziewczyna mająca się związać z kimś, kogo nawet nie kocha. Jest. Przystojniak w skórzanej kurtce oraz wrażliwiec o artystycznej duszy z włosami stale w nieładzie. Obaj zdecydowanie obecni. Tajemnica, która wystawi rodzące się uczucie na próbę. No a jakże by inaczej, przecież ona jest wilkołakiem. Dodajmy do tego doniosłe spotkania w środku lasu utrwalające przeświadczenie o wyższości gatunku – pochodnię należy odebrać przy wejściu – oraz dziewczynę przeciwstawiającą się swojemu dziedzictwu i przeznaczeniu i otrzymujemy podstawowy zestaw nadnaturalno-romansowy. Mimo że wszystko powinno się zgadzać, bo przecież w innych historiach to zadziałało, to resztki klimatu zagrzebuje niedbale łapą absolutny brak chemii między bohaterami. To, że Aidenowi (Hugh Dancy – tak, to ten zakręcony gliniarz z Hannibala) zawróciła w głowie tajemnicza dziewczyna, nie powinno dziwić nikogo. Vivien (Agnes Bruckner) ze swoją tajemniczością trochę przesadza i przez większość filmu jej wyraz twarzy wygląda tak, jakby przeszkadzała jej obroża przeciwpchelna. Natrętny podryw chłopaka, połączony z ewidentną niechęcią dziewczyny sprawia, że romantyczna historia rozpoczyna się od nękania podsycanego ewidentną desperacją. Cały romantyzm zamknięty zostaje w kilku ujęciach o uroczym trzymaniu się za rączki i spacerach po mieście. Więcej namiętności i pożądania zauważyć można w spojrzeniu naszych czworonogów utkwionym w puszkę z ulubionym żarciem. Dla fanów takich klimatów Blood and Chocolate musi wyglądać jak poważny falstart przed Zmierzchem. Czy dla podobnego efektu zabrakło zwierzęcych żądzy, więcej gołych klat, bladej skóry czy może równie pięknych i młodych? Nie wiem, nikt nadal nie zmusił mnie do obejrzenia Zmierzchu. Trudno mi jednak uwierzyć, że ten film mógłby zasłużyć na słowa: still better lovestory than Twilight.

Blood and Chocolate (2007) Ocena: 3/10

Włoski romans o smaku Lovecrafta 

Zupełnie szczerze, z ręką na sercu, muszę przyznać się, że na romansach się nie znam. Prywatnie moje podrywy brzmią zazwyczaj jak wzorcowe referencje do zakładu zamkniętego. Jeżeli chodzi o filmowe historie miłosne, moje wyczucie jest podobnie. Nie jestem w stanie powiedzieć, co takiego tak naprawdę decyduje o tym, że kinowy romans przedstawiony jest, jak należy. Czy wszystko zależy od romantycznych pejzaży towarzyszącym bohaterom, czy może o te wszystkie chwytliwe numerki z wręczaniem kwiatów w strugach deszczu lub magnetofonem na ramieniu? Może to dobrze napisane dialogi, a może kształtna szczęka McConaughey. Jestem prostym człowiekiem i chociaż nazwać i wskazać artystycznych zabiegów w porządnym love story nie potrafię, to jednak zupełnie jak z prawdziwą miłością – może brak mi słów, żeby ją opisać, ale doskonale wiem, że to ona, gdy na nią patrzę. Dokładnie tak było z bohaterami Spring.

Evan otrzymał od życia serię brutalnie wymierzonych ciosów. Niespodziewanie umiera jego ojciec, niedługo później towarzyszy matce w ostatnich chwilach przegranej walki z rakiem, traci pracę, a policja poszukuje go za pobicie. Niewiele brakuje, aby chłopak zaczął staczać się po równi pochyłej wprost na samo dno. Do roli chodzącego nieszczęścia niewiele mu brakuje, bo rysujące się na jego twarzy żałość, sprawia, że nawet jego przyjaciółka z dodatkiem odmawia mu numerka z litości. Widząc, że stacja końcowa jego życia to wielki mur po zderzeniu, z którym raczej nie ma co liczyć na przejście na ukryty peron, postanawia… uciec. Oderwać się od paskudnego życia, zobaczyć kawałek świata, zebrać myśli i spróbować poukładać sobie życie w jakkolwiek wyglądającą kupę. Na chybił-trafił wybiera lot do Włoch. Na miejscu poznaje krzykliwych Brytyjczyków nieskąpiących mu życiowych rad i opowieści z morałem. W końcu wlewając w siebie kolejne piwo, widzi ją, stającą przy barze i uśmiechającą się zalotnie.

B.
Pierwsze spotkanie przebiega niczym w najgorszy scenariusz, jaki życie pisze dla miłych facetów. On nie należy do najprzystojniejszych, a i pewności siebie nie ma na tyle dużo by specjalnie nią szastać. Jest typem faceta, którego dziewczyny często nie zauważają, lecz posiadającego wszystkie cechy, jakich poszukują: miły, kochany, troskliwy i zabawny, przy bliższym poznaniu staje się słodkim szczeniaczkiem, którego nie chce się porzucić. Louise poza słodkim uśmiechem wydaje się dziewczyną otwarcie poszukującą zabawy na jedną noc. Evan zniechęcać się jednak nie zamierza i napędzany optymizmem nieznanego pochodzenia, postanawia dziewczynę znaleźć i poderwać.

Opowiadanie miłosnej historii we włoskim kurorcie, gdzie skrzywdzony przez życie chłopak poznaje tajemniczą dziewczynę zdecydowanie nie ze swojej ligi, wydaj się pójściem na łatwiznę. Romantyczna sceneria, chociaż z całą pewnością czarująca, nie ma większego znaczenia. Najjaśniejszym punktem Spring są bowiem główni bohaterowie i świetnie rozpisana między nimi relacja. Ich rodzący się związek pełen jest uroku i humoru. Chociaż w powietrzu unosi się podejrzenie, że to tylko wakacyjna zabawa, nie są przypadkowymi kochankami napędzanymi młodzieńczym libido i natarczywym wzwodem. Poza szybkim numerkiem na pierwszej randce kształtuje się między nimi przyjaźń i kumpelstwoktóre ogląda się z rosnącym na ustach uśmiechem i ciepłem tlącym się w sercu. Duet Lou Taylor Pucci i Nadia Hilker wchodzą w swoje postaci z taką łatwością, że wzbudza sympatię u każdego posiadającego serce we właściwym miejscu. Takiej naturalności pozazdrościć im może niejedna romantyczna komedia.

C.

Spring miało być jednak również straszne. I jest to w pewnym stopniu prawdą. W przeciwieństwie do niczego niepodejrzewającego Evana widzowie mają wątpliwą przyjemność zobaczyć Louise bez makijażu. Czy jest w trakcie powolnego rozkładu, cierpi na wampiryzm lub lykanotropię, jest inkubatorem dla obrzydliwego obcego rosnącego w jej ciele? Może dotknęła ją starożytna klątwa lub południowo-europejskie voodoo, a może to po prostu nieprzyjemna choroba skóry objawiająca się szczęką rozwartą ponad wszelkie standardy. A co jeżeli Louise nie lubi wybierać i jest wszystkim po trochu? Spring w niezwykle lekki sposób łączy w sobie świetnie napisaną historię miłosną z subtelnym humorem oraz narastającymi smaczkami rodem z horroru klasy B. Kolejnymi ujęciami oglądamy ulegającą tajemniczej metamorfozie dziewczynę. Kiedy jednak zbliżamy się do kulminacyjnego punktu, okazuje się, że zawędrowaliśmy do dzielnicy, w której kręcą dzieła pokroju Sharktornada, a jedyną drogą ratunku jest ostry zakręt z powrotem w kierunku, już nie tak subtelnego humoru. Niektórymi momentami film wydaje się pokpiwać z widza, przeplatając profesjonalnie zrealizowany romans z horrorem, który już dawno przestał jedynie balansować na granicy absurdu. Spring to jedno z tych trudnych do zapomnienia filmowych przeżyć. Wrył się naprawdę mocno w pamięć i nie mam mu tego nawet za złe.

Spring (2014) Ocena: 8/10

I know nothing, my honey

Hotel z widokiem na wieżę Eiffla, miasto rozświetlone do granic możliwości kolorowymi neonami, złota plaża nad lazurowym morzem. Zjawiskowych i magicznych miejsc do spędzania miodowego miesiąca jest całe mnóstwo. Co z domek w lesie tuż nad jeziorem na długo przed rozpoczęciem sezonu… to również brzmi jak spełnienie marzeń. Młoda para nie potrzebuje niczego więcej niż wygodne łóżko (a i czasem wanna wystarczy) i siebie nawzajem. Niezbędny prowiant można zabrać ze sobą, a i ma się pewność, że żaden nadopiekuńczy i przesadnie gościnny sąsiad nie zechce zakłócać świętego pokoju. Tylko czy ktoś jest w stanie wskazać, kiedy wizyta w takim miejscu kończyła się dobrze?

D.

Bea (Rose Leslie) i Paul (Harry Treadaway) są świeżutko po ślubie. Swój miesiąc miodowy postanawiają spędzić w wyżej wymienionym domku. Jak przystało na młodych nowożeńców, chatka za ich sprawą wypełnia się słodkością po sam sufit. Bohaterowie ze swoich dzióbków wyjadają sobie nawzajem najczulsze wyznania miłości. Tulą się, głaszczą, całują, miziają, łaskoczą, wygłupiają, lepią do siebie i świata poza sobą nie widzą, jedzenia i powietrze też ewidentnie nie potrzebują, bo przecież mają siebie nawzajem. Są niczym urocze kocięta, których zabawy można obserwować bez końca. Od patrzenia na to wszystko niewiele brakuje, żeby wraz z ostatnim posiłkiem do naszego przełyku podeszła również tęcza. Oczywiste jest, że kino takiego stanu rzeczy nienawidzi i w końcu wyśle posłańca ze złą nowiną.

Paulowi daleko do sylwetki ozdobionej sześciopakiem i mięśni świecących samoopalaczem, mimo to postanawia udowodnić swoją samczą przydatność i dopuścić do głosu samcze instynkty… udaje się więc na ryby. Przedsięwzięcie jednak spełza na niczym i chłopak decyduje się powrócić do ciepłego łóżka. Problem w tym, że nie zastaje tam żony. Znajduję ją zdezorientowaną w lesie. Od tej pory śmiało, można powiedzieć Leslie prosto w oczy You know nothing. Od tej pory zaczyna się coś dziać.

E.
Żaden miesiąc miodowy nie udałby się bez przywiązania do łóżka.

Honeymoon w genialny sposób buduję nieprzyjemną atmosferę, opierając się na niejasności i niepewności. Narastające zagubienie Bea i jej nietypowe zachowanie rodzi kolejne pytania i domysły. Każdy z poznanych elementów może jednak pasować do wielu układanek. Domek na odludziu powoli zamienia się w ciasną klatkę, w której zamknięci zostają coraz bardziej obcy sobie ludzie, a my lądujemy tam razem z nimi. Pozbawione odpowiedzi pytania wciągają nas głębiej, wyczekujemy wyjaśnienia stale znajdującego się zarazem tak blisko i tak daleko. W tym wszystkim nie ma ataków zombie, trzaskających drzwi, kobiety mówiącej głosami drużyny potępionych demonów, nie ma halucynacji i litrów lejącej się krwi. Czarnym charakterem zarzucającym bohaterom łańcuch na szyje i przeciągający ich z miłości wprost w ramiona nienawiści jest brak szczerości, z którym nie sposób walczyć ni solą, ni żelazem. Wykrzyczane w łacinie egzorcyzmy zaś, zamiast pomóc, prędzej zaszkodzą. Honeymoon przesiąknięty jest klimatem grozy, niepokoju i niejasnego zagrożenia. Zbudowanym przede wszystkim za sprawą samych aktorów. Brak wszelkiego rodzajów straszaków sprawia, że film jest przekonujący, autentyczny i świeży. Dzięki wstrzemięźliwości od hollywoodzkiego efekciarstwa zupełnie inaczej smakują, zdawałoby się zwykłe błahostki. Światło latarki wpadające przez okna do cichych i pustych pomieszczeń wywołało dreszcze lepsze niż cały maraton nawiedzeń i opętań.

Honeymoon (2014) Ocena: 9/10

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: