Gabinet Grozy #3: Tam, gdzie rodzą się baśnie: VVitch (2015)

Dawno, dawno temu, gdzieś na uboczu, niedaleko złowrogo wyglądającego lasu była sobie skromna chatka. Zamieszkiwał ją biedny farmer o prostym i dobrym sercu. Wraz z żoną wychowywali dwójkę pociesznych szkrabów, których życie wolne jeszcze było od trosk i smutków. Mieszkała z nimi również starsza córka, była to skromna dziewczyna o pięknej twarzy, skrytej jednak pod warstwą brudu i zmęczenia. Nie dawno na świat przyszło kolejne dziecię, niosąc ze sobą radość i nadzieję dla całej rodziny. Był też podobno gadający kozioł. Wszystko brzmi to niczym początek bajki… lecz czy doprawdy jest to kolejna z nich?

Przeciętny pochłaniacz i niedzielny entuzjasta filmowych nowości decyduje się na film oznaczony ociekającym grozą napisem horror, zapewne z jednego z dwóch powodów (które i mnie są niezwykle bliskie). Po pierwsze liczy na klimatyczny spektakl pełen makabry: wpadające w kadr z szaleńczym okrzykiem twarze nadgryzione dotkliwie zębem czasu, zamaskowanych morderców o nietuzinkowym poczuciu estetyki, rozrywanych i ćwiartowanych nastolatków, czy opętaną dziewczynę umiejącą dotknąć piętami własnego czoła bez ruszania się z łóżka. Drugim powodem może być chęć szczerego pośmiania się ze wszystkich wyżej wymienionych elementów. Ku uciesze lub złości towarzyszącym nam podczas oglądania znajomych. Po kilku spotkaniach ze współczesnym kinem grozy umiejętność płynnego przechodzenia między obiema potrzebami gwarantuje mi za każdym razem dobrze spędzony czas. I takie podejście polecam każdemu. Nieraz jednak wyobrażam sobie miny tych nieświadomych niczego osób, które rozsiadły się wygodnie w fotelach i na sofach, aby cieszyć się filmem wypełnionym do granic możliwości schematami wytartymi i zużytymi równie mocno co ulubione szczęśliwe bokserki. Zaraz po seansie rozpoczynają się narzekania i rzucanie wyszukanych epitetów w kierunku twórców, bo przecież to w ogóle nie było straszne. Chwilę później, niczym za odezwą religijnego przywódcy, rozpoczynają krucjatę przeciwko wszystkim, którym film się spodobał. Piętnują ich niczym agentów wrogiego mocarstwa i oskarżają o wyprane mózgi pełne pseudoartystycznych bredni. Druga strona oczywiście nie pozostaje dłużna, sięgając po argumenty dotyczące niskiego poziomu wrażliwości emocjonalno-estetycznej (fragment przetłumaczono na bardziej przystępny język). Dyskusje budzą więcej emocji niż sam film, a przecież, zamiast strzelania jadem powinniśmy się cieszyć. Może nie faktem, że staliśmy się królikami doświadczalnymi dla chcącego poeksperymentować w gatunkiem samozwańczego Frankensteina, ale tym, że ktoś próbuje wprowadzić powiew świeżości, w zaschnięty niczym rozbryzgana na ścienia plama krwi, gatunek.

1.

Robert Eggers w swoim filmowym debiucie przenosi nas do Nowej Anglii roku pańskiego 1630. W małej chatce z daleka od wspólnoty spokojny żywot w codziennym znoju wiodą William i Katherine wraz z piątką swoich dzieci. Chociaż z całą pewnością tlił się w nich wiara w nienazwany jeszcze amerykański sen, życie w tych czasach i w takim miejscu do lekkich nie należy. Jednak co najważniejsze w takich historiach mają oni siebie nawzajem, mają zdrowego konia i kawałek ziemi rodzący dla nich dobre plony, dzięki którym dzieci nie zaznają głodu. Nie grozi im też nuda i smutek. Jonas i Mercy spędzają czas na świeżym powietrzu, przyjaźniąc się z kozłem i recytując chwytliwe wierszyki. Caleb przygotowuje się do zostania prawdziwym mężczyzną i pomaga ojcu przy pracy w obejściu. Najstarsza Thomasin (jak zawsze świetna Anya Taylor-Joy) zdradza zacięcie do snucia fantastycznych historii i straszy młodsze rodzeństwo opowieściami o czającej się w lesie czarownicy. Wszystko jednak zmienia się, gdy przebywające pod opieką dziewczyny niemowlę znika. Początkowo oskarżenia padają na wilka, następnie, jak z resztą zawsze, na liście podejrzanych ląduje również miejscowa wiedźma. Bogobojni William i Katherine szukają winy w diabelskich sztuczkach i knowaniach, wpadając powoli w paranoję. Atmosfera staje się nieprzyjemna. Kogo obwiniać skoro w promieniu wielu kilometrów spotkać można tylko hulający w polu wiatr? Wszyscy zaczynają obracać się przeciwko sobie.

3.

VVitch to przede wszystkim niezwykły świetnie skrojony klimat. Eggers stawia na minimalizm i zaledwie po kilku chwilach wyczuć można, że efekciarstwa się brzydzi, a zbędnych efektów unika. Oczekujący amerykańskiego przepychu oraz hojnie pokrytych grubą warstwą CGI obrazków w stylizacji hollywoodzkich egzorcyzmów niezwykle szybko zwęszą, że znaleźli się w pułapce. Reżyser niczym wytrawny artysta sięga po podstawowe narzędzia. Całość jest surowa niczym życie na granicy niedotkniętej ludzką ręką nowoangielskiej przyrody. Klimat jest przejmujący, nieprzyjemny i wgryzający się w kości niczym zawodzący za średnio uszczelnionymi oknami wiatr. Powolnie rozwijająca się historia, która z pewnością doprowadziłaby do białej gorączki każdego miłośnika krwawych jump scare’ów, jest zasługą niemal boskiej podłości i okrucieństwa. Eggers zrzuca na swoich bohaterów nieszczęścia i zostawia ich samych sobie. Nie popycha akcji naciąganymi zwrotami akcji. Pozwala, aby wszystko toczyło się własnym tempem i obserwuje, wraz z nami jak paranoja pożera słabe umysły i wpycha rodzinę w objęcia szaleństwa. Depresyjny klimat podsycony przygaszonymi barwami oraz strachem przed siłą wyższą. Czyż nie jest to idealny materiał na baśń?

2.

Pewni urodzeni w XVIII wieku bracia przez lata podróżowali po swojej ojczyźnie, zbierali, spisywali i redagowali ludowe podania, legendy i mity, by ostatecznie pozwolić swojej pracy ujrzeć światło dzienne. W ten oto sposób otrzymaliśmy jedno z najbardziej rozpoznawalnych dzieł literackich w historii: Baśnie Braci Grimm. Przesiąknięte początkowo krwią i przemocą dopiero po latach stały się kolorowymi bajkami opatrzonymi logiem Disneya. Chociaż firmowane są nazwiskiem braci, wiele z nich nie było ich autorstwa. Spośród opowiedzianych przez ludzi historii wybierali najciekawsze, najbardziej intrygujące i dopiero spisywali je dla potomnych. Czy te historie były jedynie fantazją przekazywaną z pokolenia na pokolenie? Czy były okrutnym wymysłem rodziców, którzy chcieli zmusić swoje dzieci do zjedzenia z apetytem kaszy? A może jest w nich ziarno prawdy? Oglądając VVitch, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Eggers przedstawił nam historię, która mogłaby miejscowym parobkom, poza powodami do plotek, posłużyć jako grunt pod miejscową legendę z dreszczykiem. Opowiadaną przy ogniskach tragedię rodziny pokonanej przez ciemne okrutne moce ukryte w lesie. Legendy, która już na zawsze zostanie zapamiętana i przekazywana niczym wirus. Reżyser z resztą podsuwa kilka drobiazgów, które mogą sugerować, że może być w tym przeczuciu ziarno prawdy.

Egoistyczna Ocena:

8.

Jedna myśl na temat “Gabinet Grozy #3: Tam, gdzie rodzą się baśnie: VVitch (2015)

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: