Trójkąt bez Zobowiązań #4: Szczęki szeroko rozwarte

20 czerwca 1975 roku kurortem na wyspie Amity leżącej u wybrzeży Massachusetts wstrząsała seria okrutnych zdarzeń. W wyniku brutalnych ataków żarłacza białego śmierć poniosło pięć osób (w tym jedno dziecko) oraz pies. Według zeznań świadków gigantycznych rozmiarów rekin został ostatecznie odnaleziony i wysadzony w powietrze. Cały świat był wstrząśnięty makabrycznym dowodem na to, jak bezsilny może być człowiek w obliczu dzikiej natury. Na przestrzeni lat wspomnienie tych ataków wywoływało strach, dreszcze, niepokój oraz… gwarantowało niesamowitą rozrywkę milionom widzów na całym świecie. 43 lata temu dzięki Spielbergowi mieliśmy okazję zobaczyć z bliska, jak wygląda podniebienie i migdałki największego morskiego drapieżnika. Amerykańskiemu reżyserowi nie zawdzięczamy jedynie kultowej filmowej serii. Otwierając szeroko szczęki żarłacza, otworzył on kinową puszkę Pandory. Sukces „Szczęk” sprawił, że horror zyskał nowy podgatunek zarezerwowany jedynie dla rekinów. Podgatunek pełen potworności, straszydeł i wynaturzeń, na które ciężko nawet patrzeć… chociaż w tym basenie też zdarzają się ciekawe przypadki. 

Wcale nie tak blisko dna

Wydawać by się mogło, że o rekinach powiedziano już wszystko. Ciężko wymyślić coś nowego, biorąc pod uwagę, że Matka Natura ograniczyła umiejętności tych krwiożerczych ryb do pływania w kółko, otwierania szeroko swojej paszczy oraz atakowania w slow motion bohaterów filmu. Niewiele innowacji można wprowadzić, wybierając sobie na śmiertelnego przeciwnika zwierzę tak chętnie i często wykorzystywane. No, chyba że ktoś decyduje się na grzebanie w jego DNA i łączenie z losowo wybranym gatunkiem niekoniecznie żyjącym w wodzie. Mimo motywu przetartego niczym 40-letnia sieć rybacka, co jakiś czas trafia się ktoś, próbujący z całkiem poważną miną odważnie wsadzić rękę w wodę po łokieć licząc, że uda mu się wyłowić coś nowego. Widzowie zaś spomiędzy wszelkiego rodzaju odrzutów w stylu „Sharknado” mogą wyciągnąć coś bardziej poważnego. Wystarczy szukać w tytule odległości podanej w metrach. Udało się to już dwa razy.

Kate i Lisa spędzają wakacje w Meksyku. Pierwsza nastawiona jest na niezapomniane wrażania i bezwstydny relaks. Druga zaś próbuje otrząsnąć się po zerwaniu z chłopakiem. Potajemne szlochy i nieustanne sprawdzanie wiadomości przychodzących, z nadzieją, że pojawi się tam imię ukochanego, niemal psują całą zabawę. Lisa, odkrywając w jak opłakanym stanie jest jej siostra, postanawia interweniować. Lekarstwem na złamane serce ma być lejąca się strumieniami tequila oraz miejscowi opaleni chłopcy. Dziewczyny wskakują w zwiewne sukienki i decydują się całą noc balować. W idealnych dla siebie warunkach zaczynają na żer wypływać głupie i nieodpowiedzialne pomysły. Zanęcone słowami zabaw się trochę i pokaż mu co stracił, podpływają bliżej i dziewczyny wpadają w ich paszcze. Obie decydują się na podnoszące adrenalinę nurkowanie z rekinami. Gdy na otwartym morzu okazuje się, że klatka, w której mają zejść pod wodę lata swojej świetności, już w ubiegłym wieku miała za sobą, w głowie Kate oprócz potężnego kaca zaczyna odzywać się zdrowy rozsądek. Ten jednak zostaje zakrzyczany przez rozentuzjazmowaną siostrę, która będąc pod wpływem egzotycznego czaru uroczych chłopaków, wierzy, że kawałki rdzy połączone ze sobą jedynie na słowo honoru są wystarczająco bezpiecznym miejscem. Nie jest chyba niespodzianką, że coś nie idzie po myśli amantów i klatka z bohaterkami wędruje dokładnie 47 metrów w dół.

A.

Początkowo w 47 Meters Down wszystko wydaje się całkowicie przewidywalne i pozbawione polotu. Nieprzemyślany pomysł niedojrzałych bohaterów przeradza się w raczej przykrą sytuację, w której mało kto chciałby się znaleźć. Do tego na horyzoncie od samego początku majaczą rekiny. Wrażenie, że już za kilka minut będziemy z niecierpliwością wyczekiwali krwi, wylewających się naszych irytujących bohaterek potęgują pozbawione osobowości postaci i zaskakująco płytkie dialogi. Na szczęście akcja szybko się rozwija i już po kilkunastu minutach jesteśmy coraz bliżej nurkowania, a co za tym idzie, znacząco mniejszej ilości drażniących rozmów. Niepokojąco blisko zaczyn krążyć również pytanie, co potem? Przez chwilę wydaje się, że Roberts nie będzie miał pomysłu co takiego może zrobić z dwiema mokrymi dziewczynami zamkniętymi w klatce. Okazuje się jednak, że nie wykorzysta oczywistych pomysłów i spróbuje sytuację rozrysować w nieco inny, niż można było się spodziewać, sposób. Jeżeli ktoś liczył, że rozwarte szczęki zobaczy równie często, jak innego rodzaju rozwarcia w 50 twarzach Greya mocno się zawiedzie. Ukryte w mroku drapieżniki nie są daniem głównym a zaledwie jedną z kilku niedogodności, jakie spadły na dziewczyny. Poczucie zagrożenia wywołane świadomością, że zaledwie kilka metrów dalej czai się potwór wielkości samochodu, gdy do obrony posiadasz jedynie latarkę, potrafi przyprawić o skręt żołądka. Dodając do tego klaustrofobiczną powierzchnię klatki oraz przytłaczający z każdej strony bezmiar głębin, kończący się tlen wydaje się jedynie drobnostką.

B.

Dziewczyny wygryzają wszystkie morskie stworzenie z pierwszego planu, skupiając na sobie całą uwagę. Zamiast pościgów na motorówkach, ładunków wybuchowych i pojedynku na harpuny z rekinem, ważniejsze dla Robertsa jest budowanie napięcia. Brak możliwości ucieczki czy nawet podjęcia walki, wyczekiwanie pomocy, która wcale nie musi nadejść i nieubłaganie uciekający czas. Wszystko to otulone mrokiem wciskającym niemal chłód w kości sprawia, że 47 Meters Down bliskie jest odwalania kawałka naprawdę drobnej roboty. Niestety, będąca kompilacją wszystkiego, co podczas nurkowania może pójść nie tak, atmosfera konsekwentnie psuta jest przez same główne bohaterki. Jeżeli po takiej wakacyjnej przygodzie dziewczyny miałyby chociaż trochę zmądrzeć, to nie będzie nam tego dane zobaczyć. Zapewne ku radości meksykańskich amantów, dziewczynom usta się nie zamykają. Gdy człowiek chciałby przeżywać całym swoim ciałem i duchem ogrom nieprzyjemności przygotowany przez Robertsa na spółkę z Matką Naturą i Posejdonem, wszystko psuje nieustanny motywacyjny bełkot i dokładne opisy podejmowanych działań. Zdajemy sobie sprawę, że na dole jest ciemno i zimno oraz że najpewniej chciałabyś znajdować się w zupełnie innym miejscu, ale nie musisz co każdą minutę opowiadać, co zrobiłaś, robisz i co będziesz robiła za chwilę. O ile byłoby przyjemniej, gdyby szum wody przerywały jedynie ich spanikowane, płytkie oddechy.

Wszystkie drobne niedogodności i drażniące elementy z całą pewnością zrekompensować mogą końcowe sekwencje (oraz kilka świetnych ujęć) udowadniające, że reżyser mimo nadużywanego już tematu przewodniego, miał na niego sporo dobrych pomysłów.

47 Meters Down (2017)
Ocena: 7/10

Czy to skrót od Megan? 

Nieważne czym się człowiek chce w życiu zajmować, jakie dziedzictwo po sobie pozostawić i czemu pragnie poświęcić się bez reszty najważniejsze, aby posiadał przy sobie zestaw motywujących kwestii podnoszących na duchu, gdy nadejdzie cięższy dzień. Przecież nieważne, za co się człowiek weźmie, należy pamiętać, że „zawsze warto podążać za marzeniami”, „droga do sukcesu nigdy nie jest łatwa”, „czyń to, co podpowiada Ci serce” albo „nie poddawaj się, bo jesteś tam, gdzie inni się poddali”… czy coś takiego. W przypadku, gdy pomysł wypowiedziany nagłos nawet Tobie wydaje się odrobinę idiotyczny i świeci pustkami w miejscu, gdzie powinna znajdować się logika – nie przejmuj się! Wtedy wystarczy nieco głębiej pogrzebać wśród ludowych porzekadeł, modrości Internetu, chińskich przysłów lub nawet sięgnąć po cytaty z Gwiezdnych Wojen. Na pewno znajdzie się tam coś, co utwierdzi Cię w przekonaniu, że Twoje działania mają sens.

The Meg jest bez wątpienia owocem nadmiernego oglądania drugiej trylogii Star Wars oraz paranoi podsycanej nie do końca spełnionym życiem seksualnym. W czyjejś głowie bowiem zderzyć musiało się niepotwierdzone do tej pory rozmiar ma jednak znaczenie, z dosłownie potraktowaną mądrością Qui-Gona: There’s always a bigger Fish. Jeżeli dodamy do tego fakt, że nawet powierzchnia Księżyca jest nam lepiej znana niż oceaniczne dno, cóż… tym sposobem zyskaliśmy film o rekinie rozmiarem bijącym inne na głowę.

C.

Grupa badawcza sponsorowana przez zakręconego miliardera w sportowej koszulce i czapce z daszkiem, w nosie mając dotychczasowe odkrycia, kosztowne ekspedycje oraz zdrowy rozsądek postanawia przebić się przez dno Rowu Mariańskiego. Wierzą oni bowiem, że po drugiej stronie mułu jest życie. Po udanej penetracji dna oceanicznego odkrywają równie dziką co niebezpieczną krainę. I natychmiast zostają uziemieni. Jedną osobą, która może sprawdzić naukowców całych i zdrowych, jest Jonas Taylor. Jako że w tym momencie minęło już dobrych 30 minut filmu, a widzowie przyszli przecież oglądać gigantycznego rekina, postać grana przez Stathama 13 km dzielące go od dna pokonuje w mgnieniu oka. Równie szybko przebiega akcja ratunkowa i późniejsza ucieczka. W drodze powrotnej jednak nie domknięto drzwi do naszego świata i w ślad za bohaterami wypływa co naprawdę dużego.

Chociaż powyższa scena ma za zadanie z minimalnym udziałem logiki wytłumaczyć pojawienie się zębatego pupila, ma również ogromne znaczenie symboliczne, bo w zasadzie bardzo dobrze ilustruje cały film. Twórcy The Meg w poszukiwaniu dla siebie inspiracji i natchnienia wyruszyli w niebezpieczną podróż na samo dno kinowego dorobku ludzkości. Gdy dotarli do granicy dobrego smaku, postanowili po same łokcie zanurzyć się w pokładach mułu, po to, tylko żeby się przez niego przebić i odwiedzić krainę, gdzie niepodzielnie rządzą potwory wymykające się ludzkiej wyobraźni takie jak „Sharknado” i „Sharktopus vs. Whalewolf”. Wykorzystując znacznie większy budżet, próbują wyrwać z tego miejsca megalodona i poprowadzić go na powierzchnię, gdzie mógłby zmierzyć się ze „Szczękami”. Problem polega na tym, że taki zabieg mimo szczerych chęci nie może się udać. Co gorsze The Meg nie wytrzymuje podróży i zdycha w połowie drogi, nie spełniając żadnych z oczekiwań. Produkcji zdecydowanie brakuje humoru i odwagi, którą charakteryzują wszystkie muliste filmy, jakie nam zgotowała czyjaś chora wyobraźnia. Z drugiej strony jest wybrakowany pod wieloma względami, zbyt mało poważny i zdecydowanie za mało krwisty, by równać się z jakimkolwiek groźnymi tytułami. Jedyne, w czym mógł się sprawdzić to odmóżdżająca rozrywka. Nawet tutaj jednak wielki megalodon okazuje się równie emocjonujący, jak pływanie w rękawkach.

D.

Jon Turteltaub z niewiadomych przyczyn, zamiast oddać pragnącej bezstresowej zabawy widowni gigantycznego rekina, zaczyna bawić się w rodzinne melodramaty, przeplatają je (średnio zabawnymi) interakcjami ekipy bohaterów. Zwierzak pływa więc sobie gdzieś pod powierzchnią, a nam zostaje podziwiać konkurs wpadania do wody połączony z prezentacją nietrafionych pomysłów niemających prawa się udać. Jeżeli wszystko to przecierpimy możliwe, że ucieszy nas kilka tych scen, gdzie bestia niczym wystawowy pudel pręży swe wdzięki i prezentuje swoje rozmiary. Niestety tylko jedna czy dwie z nich bliskie są spełniania oczekiwań. Po tym, jak Dwayne Johnson w towarzystwie białej podróbki King Konga zaserwował całkiem przyzwoitą rozwałkę, przerobienie megalodona na sushi w wykonaniu Stathama wydawało się formalnością. Aktor, który swoją karierę oparł na szablonie jednej postaci do tej pory na scenie miał bardzo prosto określone zadania. Miał mieć kwadratową szczękę i spuszczać wszystkim wokół porządne lanie. Z zadania tego zawsze wywiązywał się na miarę swoim możliwości. W tym przypadku nie zostaje mu zbyt dużo do zrobienia poza zaprezentowaniem gołej klaty oraz garnituru równych białych zębów. Statham nie jest bowiem, aktorem pasującym do filmu tego pokroju. Po co na pokładzie mięśniak, skoro rekin nie chce się bić. Ryba cały czas sobie pływa, oni cały czas rozmawiają, a mięsko, którego tak bardzo było nam trzeba, przepływa koło nosa. O dziwo to Turteltaub bierze na swoje barki zadanie wypatroszenie wielkiego rekina. Cała odwaga, na jaką się zebrał, wykorzystana zostaje na wskrzeszenie prehistorycznej bestii. Niestety zupełnie nie starcza jej na poprowadzenie historii i dorzucenia zaskakujących momentów, które mogłyby uszkodzić nasze szczęki, zapaść na trochę w pamięć (jeżeli tego nawet nie udało się zrobić) to przynajmniej dostarczyć odrobinę prymitywnej rozrywki. Niestety się nie udało.

The Meg (2018)
Ocena: 4/10

Błagam, zabijcie mnie zanim to się zacznie

Najprostszym sposobem unikania wszelkich nieprzyjemności związanych z rekinami jest unikanie zamieszkałych przez nich wód. Problem zaczyna się wtedy, gdy morski drapieżnik może bez problemu wyjść na brzeg, gdzie zamienia się w równie skutecznego i jeszcze bardziej przerażającego łowcę.

Nie od dziś wiadomo, że za zamkniętymi stalowymi wrotami tajnych amerykańskich baz wojskowych, tłumy naukowców zajmują się badaniem obcych, warzą w wielkich kadziach serum superżołnierza, a w ostatni tydzień miesiąca krzyżują ze sobą losowo wybrane stworzenia. Tyle razy popkultura pokazała nam, że jakoś tak nigdy nie wypada na małe kociaki i króliczki. Wszystko, co wychodzi im spod noża, musi mieć pazury, paszczę pełną kłów i wewnętrzną potrzebę rozrywania na strzępy swoich twórców i każdego napotkanego niewinnego człowieka. Czemu to nigdy nie jest bardziej pluszowe? Jeden z takich eksperymentów robi sporo zamieszania w bazie na Shark Tooth Island. Po przełknięciu jednego ze swoich laboratoryjnych rodziców podpisuje na siebie wyrok śmierci. W akcie łask, zamiast go zabić, jeden z naukowców zamyka go w klatce i wyrzuca na środku oceanu. Nawet nie przypuszcza, że 25 lat później, jego dzieło będzie terroryzowało okolicę.

E.

Podczas gdy inni próbują ocalić przed zagrożeniami ze strony człowieka milutkie foczki, inni z ogromnym poświęceniem raz za razem postanawiają uwolnić orkę, dr Simon Chase gotów jest rzucić się na ratunek żarłaczowi białemu, psując przy tym komuś emocjonujący połów. Nic więc dziwnego, że naukowiec jako jedyny postanawia stanąć w obronie rekinów, gdy miasteczkiem wstrząsa seria brutalnych ataków. Coś kręci się po okolicy, ludzie zaczynają polować na rekiny, a Chase wraz z byłą żoną, synem i współpracownikiem są naocznymi świadkami istnienia abominacji z całą pewnością nie mającej nic wspólnego z ewolucją.

Dwuodcinkowy miniserial Creature zupełnie jak występująca w nim zmodyfikowana bestia rekinopodobna jest niezwykły i niepowtarzalny. Nie reprezentuje on ginącego filmowego gatunku, bo ten zdaje się, nigdy nie istniał, ale jest jedynym w swoim rodzaju okazem, którego nie chce dopić się z litości, ale ocalić i zachować. Słysząc o zmutowanym drapieżniku będącym połączeniem rekina z X (tutaj wstaw dowolny organizm żywy) człowieka atakuje odruch wymiotny i wyobrażenie pokracznej filmowej abominacji, dla której zapomnienie byłoby oznaką łaski. Gillard za temat bierze się całkiem poważnie. W jego produkcji próżno szukać dowcipów, ironicznych uwag, lekkiego humoru i silących się na śmieszność bohaterów. Brak tutaj unoszącej się w powietrzu nieprzyjemnej świadomości, że wszystko robione jest dla zgrywu. Dziecko niekonwencjonalnych metod hodowlanych armii amerykańskiej traktuje niezwykle serio. Największą słabością mini serii jest jednak spora dłużyzna. Materiał wystarczający na dobry film został niepotrzebnie rozciągnięty. Mimo nadmiaru dostępnego czasu niektóre fragmenty nadal wydają się niespodziewanie wtrącone i wydłużane niemal na siłę. Jednak żadne z fabularnych niedociągnięć nie będzie w stanie wymazać piękna wisienki na torcie. Skrzyżowanie rekina z człowiekiem to prawdziwy majstersztyk. Charakteryzatorzy odpowiedzialni za stworzenie stroju bestii odwalili kawał porządnej roboty. Stwór na konkursie obrzydliwości bez specjalnego poczucia niższości mógłby rywalizować z pierwszym Obcym czy nawet Czymś Carpentera… no dobra, trochę mnie poniosło. Jednak bez cienia wątpliwości potwór przeniesiony przez Gillarda na ekran wprost ze stron książki Petera Benchleya (tego samego, który napisał „Szczęki”) jest najpiękniejszy spośród wszystkich niewydarzonych stworzeń zamieszkujących dna filmowych oceanów. Nic dziwnego, że postanowił nawiać na brzeg, najwyraźniej wyczuł co czeka jego krewniaków za kilka lat. Wielka szkoda, że ewolucja nie poszła dalej w tym kierunku.

F.

Creature (1998)
Ocena: 7/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: