Trójkąt bez zobowiązań #5: Czuję, że coś we mnie siedzi

W zbliżającym się okresie sezonowych zachorowań należy zwrócić szczególną uwagę na przebieg dolegliwości. Jeżeli pomiędzy typowymi objawami takimi jak bóle głowy czy wysoka temperatura pojawią się m.in.: intensywny ból w klatce piersiowej, jakby coś próbowało rozerwać ją od środka; silna chęć poprawy jakości życia na planecie, nadmierna ruchliwość stawów; niepohamowany apetyt na ludzkie mięso oraz nieuzasadniona potrzeba złożenia jaj w jakimś wilgotnym i ciepłym miejscu, skontaktuj się z najbliższą bazą wojskową. Najprawdopodobniej jesteś nosicielem pasożyta pochodzenia pozaziemskiego. I chociaż Tom Hardy może i wygląda na zadowolonego ze swojego związku z symbiontem, należy pamiętać, że posiadanie gnieżdżącej się w jeszcze ciepłych wnętrznościach, jakiejkolwiek obcej formy życia zazwyczaj nie kończy się zbyt dobrze.

Przyjazny duszek z kosmosu

Stephenie Meyer bez wątpienia jest zwolenniczką miłości ponad wszelkimi podziałami i żadne różnice, a w szczególności te międzygatunkowe, nie są w stanie stanąć jej bohaterom na drodze. Czy młoda zdrowa współczesna dziewczyna może wpaść w romantyczny trójkąt z wampirem i wilkołakiem? Żaden problem i nie ważne, że jeden z kochanków ze względu na swój stan nieżycia nie ma krążenia, co wyklucza udział w pewnych czynnościach, przecież miłość przezwycięży wszystko. Autorka idzie nawet o krok dalej i postanawia pokazać, że związek z przybyszem z innej planety również jest możliwy. Oczywiście, żeby nie było zbyt nudno, dorzuca do tego geometryczno-hormomanlną figurę i klasyczny trójkąt dostaje kolejnego uczestnika, tak że nawet bohaterowie dostrzegają, że zrobiło się zbyt ciasno.

Niedaleka przyszłość. Tak zupełnie dla odmiany, zostaliśmy najechani przez kosmitów. Przybysze z innej planety wyglądający niczym drobniutcy i bezbronni mieszkańcy Rafy Koralowej owinięci światłowodami, w jakiś tajemniczy i przebiegły sposób przejmują kontrolę nad zdecydowaną większością mieszkańców Ziemi. Wiją sobie cieplutkie i przytulne gniazdka, gdzieś w okolicy naszego rdzenia kręgowego i kierując nami, niczym marionetkami postanawiają zarządzać planetą w naszym imieniu. Nie licząc jedynie masowej eksterminacji ludzkich osobowości oraz kradzieży milionów ciał, należą oni do jakże rzadko odwiedzających nas pacyfistów. Zamiast krwawych rzezi oraz niszczenia obiektów o znaczeniu kulturowym decydują się jednie na subtelne nakierowanie naszej cywilizacji na bardziej wydajne tory. Ziemia pod ich kontrolą zamienia się jednak w istny koszmar zgorzkniałych starców. Kosmici w opakowaniach z ludzi są dla siebie uczynni, mili, brzydzą się kłamstwem i wzajemnie sobie ufają. Gustują w dobrze skrojonych białych garniturach i błyszczących chromem sportowych samochodach. Pozbawieni kosmicznego intruza ludzie nie dają się jednak nabrać na PR-owe sztuczki, organizują ruch oporu i starają się przetrwać w świecie, w którym próbuje się ich bezczelnie zastąpić oraz okraść ze wspomnień i uczuć.

Ucieczka przed oprawcami trochę niezdarnie wychodzi Melanie. Dziewczyna zostaje schwytana przez intruzów zwanych łowcami. Oczywiście wbrew jej woli staje się ona pokrowcem dla jednego z nowoprzybyłych stworzeń. Troska o młodszego brata oraz miłość do chłopaka, sprawiają, że młoda buntowniczka nie zamierza się łatwo poddać. Wola walki i obowiązek ochrony bliskich sprawia, że nowy mieszkaniec jej ciała ma spory problem z poprzednim lokatorem. W głowie Melanie zaczyna się robić tłoczno. Chociaż nie ma zbyt dużego wpływu na swoje ciało, kontrolowane przez świecącą istotkę, postanawia dziewczyna postanawia błagać, prosić i przekonywać Wandę, aby nie krzywdziła jej ukochanych. Podstępy, kłamstwa i rozpraszanie przynoszą już nieco lepsze efekty. Tym sposobem zmienia ona swoje położenie z tragicznego na nieciekawe. Trafia do obozu dla ocalałych ludzi. Ci od razu poznają w niej kosmitkę, a dziewczyna będzie musiała im udowodnić, że gdzieś w środku jest nadal sobą, tylko po prostu coś się do niej przyczepiło.

D.

The Host to ekranizacja książki Stephanie Meyer. Oczywiste jest więc, że tak naprawdę pod płaszczykiem sci-fi skrywa się odgrywający główną rolę nastoletni romans ze wszystkimi niezbędnymi atrybutami. Są tutaj miłość, przyjaźń, oddanie i gotowość do poświęceń. Co za tym idzie, wszystko jest wygładzone i automatycznie mniej przerażające oraz bardziej przystępne. Inwazja kosmitów odbywa się w wersji soft, a zagęszczająca się uczuciowa siatka powiązań między bohaterami nie jest dla nikogo problemem. Facetów jest dwóch, a dziewczyna jedna, ale jakoś nikomu to specjalnie nie przeszkadza. W innych warunkach kwestie, taką rozwiązałby bez problemu status to skomplikowane. Andrew Niccol do sprawy podszedł jednostronnie. Odsuwa on na bok i zupełnie zaniedbuje kwestie pierwszego i każdego kolejnego kontaktu z obcą cywilizacją na rzeczy pierwszego i każdego kolejnego kontaktu między napalonymi nastolatkami. Reżyser nawet nie podejmuję próby wyrównania obu elementów. Kosmicznych intruzów reprezentuje jedna charakterystyczna łowczyni w towarzystwie kilku statystów. Tropinie ludzkiego elementu, jakim jest zbuntowana Melanie, ogranicza do eleganckiego stania w miejscu i kilku przelotów helikopterem na rozgrzaną prerią. Jak te gąbczaste cholery wielkości mydelniczki były w stanie zniewolić całą ludzkość i jakim cudem statyczni i silący się na elegancje łowcy byli stanie przekonać ludzi, żeby oddali się w ich ręce? Z filmu z całą pewnością się tego nie dowiemy. Możemy jedynie porozciągać naszą wyobraźnię i snuć domysły. Dla równowagi ziemska reprezentacja wygląda znacznie okazalej. Mimo dotkliwego zmniejszenia liczby samodzielne myślących ludzi oraz konieczności ucieczki na pustynię w celu ratowania swojej niezależności w kryjących się po grotach ludzkich stadach przypada 3 przystojniaków na metr kwadratowy. A to daje mnóstwo możliwości. Ona kocha jego, ale ma w sobie kosmitę, on kocha ją, ale nie może się z nią porozumieć, do tego ten drugi kocha, to co siedzi w tej pierwszej, a ta siedząca w niej też lubi tego drugiego… czy jakoś tak. Ilość przelanej między nimi śliny jest proporcjonalna do doniosłości międzyplanetarnego porozumienia, jakie próbują zbudować na fundamentach swojej miłości.

B.

Mimo dominującego wątku miłosnego i po sierocemu potraktowanemu elementowi sci-fi produkcji nie można zbyt wiele zarzucić. Porządnie zrobiona, spokojna i statyczna z całą pewnością jest w stanie oczarować sympatycznymi postaciami i disneyowsko przeprowadzoną relacją między Melanie a wynajmującą jej ciało Wandą. Dodatkowo The Host bardzo małym nakładem sił przedstawia ciekawą koncepcję kontaktu z obcymi cywilizacjami. Czasem, zamiast wzywać Gwardię Narodową, wystarczy być delikatnym i miłym. Trochę to naiwne, ale może, dopiero gdy zniszczą Empire State Building, wysyłajmy przeciw nim Willa Smitha w odrzutowcu.

The Host (2013)
Ocena: 7/10

Mój nauczyciel jest chyba kosmitą

Może był to nauczyciel wychowania fizycznego z niepokojącym wyrazem twarzy i zaskakująco małym zasobem słownictwa jak na pracownika oświaty. Może podstarzała nauczycielka matematyki wiążąca włosy w kok tak mocno, że skóra napinała się w makabryczny sposób na jej czaszce. Może młoda praktykantka z głosem równie  miłym co szorujące po tablicy paznokcie i nienaturalnym uśmiechem wyglądającym jakby kobieta dopiero przed chwilą po zdała sobie sprawę z istnienia pewnych mięśni. Sprzątaczka wgapiająca się w nas tępym spojrzeniem jakby miała ochotę wychłeptać nasze mózgi prosto z otwartych czaszek, a z pourywanych kończyn zrobić girlandę nad altaną. Ewentualnie pani pedagog, dla której zachodzące w szkolnej społeczności zjawiska zdają się całkowicie… obce. Spędzali nam sen z powiek, grali główne role w naszych koszmarach. Wywoływali stres i nieraz stawali się pierwszymi śmiertelnymi wrogimi, na których nie wystarczyły już patyki i wojenny okrzyk: bo powiem mamie. Kto przynajmniej raz nie zastanawiał się, czy nauczyciele nie są przypadkiem kosmitami, wysłanymi na Ziemię w celu wyssania z nas wszelkich chęci do życia. No co, mnie taka myśl przeszła przez głowę. Uczniowie pewnej małomiasteczkowej szkoły mogli na własnej skórze przekonać się, jak to jest, gdy największe obawy okazują się prawdą.

Amerykański placówka edukacyjna jak każda inna. Najsłabsze jednostki są obiektem drwin i wymyślnej przemocy silniejszych kolegów, przynajmniej jedna dziewczyna wygląda, jakby adoptowała ją satanistyczna sekta, szefową cheerleaderek zawsze zostaje starsza wersja Małej Mi, a drużyna footballowa jest jedyną chlubą miasteczka. Harrington High nie wyróżnia się absolutnie niczym. Czas w licealnych murach płynie swoim ustalonym tempem, młodzież zmaga się ze swoimi codziennymi problemami – końcowymi egzaminami i wahaniami cenowymi na lokalnym rynku narkotyków. Wszystko się jednak zmienia, gdy nauczyciele swoim dziwnym zachowaniem przekraczają wszelkie oświatowe standardy, na trawniku pojawia się przedstawiciel nowego gatunku bezkręgowców, a kapitan szkolnego zespołu postanawia złamać stereotypy i ćwiczyć umysł zamiast mięśni. Chociaż to ostatnie jest akurat bez związku z inwazją kosmitów. Uczniowie zauważają, że zaczyna dziać się coś niepokojącego, a ich życia zaczynają być zagrożone. Frodo zbiera Drużynę Pierścienia i postanawia wyruszyć do Mord… to znaczy Elijah Wood wraz z przedstawicielami wszystkich grup tworzących szkolną społeczność rozpoczyna desperacką walkę z pasożytem odmóżdżającym ich grono pedagogiczne.

1A

The Faculty w lekki i sprawny sposób łączy ze sobą horror młodzieżowy z tytułami takimi jak Władcy Marionetek czy Inwazja Porywaczy Ciał. Próżno spodziewać się, że na liście obecności pojawią się odkrywcze pomysły oraz przewrotne zagrania wyrzekające się utartych schematów. Za to o stuprocentową frekwencję zawalczą stereotypowe szkolne charaktery, przewidywalny scenariusz i bezwstydnie bezstresowe podejście do tematu. Produkcji zdecydowanie daleko zarówno do trzymającego w napięciu i gęstego od niepokojącej atmosfery rasowego horroru, jak i bezczelnej parodii wyśmiewającej wszystko, co tylko się nawinie. Rodriguez postanawia zorganizować licealną domówkę, na którą zaprasza odpowiednio wyselekcjonowanych gości. Świetną młodą ekipę aktorów odwalającą kawał porządnej roboty, Roberta Patricka powtarzającego swoją choreografię z Terminatora 2 oraz odciętą głowę Famke Janssen przechadzająca się po parkingu. Cel imprezy jest jeden – chodzi o to, żeby po prostu dobrze się bawić, nie przejmując się, co pomyślą inni.

1B

Łatwość, z jaką reżyser wykorzystuje oklepany już pomysł, sugeruje jednak, że najważniejsza była jego własna radocha, a to, że widzowie mogą czerpać z tego przyjemność, jest najwyraźniej pozytywnym efektem ubocznym. Można zacząć się zastanawiać, obserwować i analizować, czy film jest w końcu poważny, czy jednak bardziej komediowy. Tylko pytanie, po co zawracać sobie tym głowę skoro ciągle coś się dzieje, a nastoletnich bohaterów dla odmiany wcale nie mamy ochoty podtapiać w muszli klozetowej. The Faculty jest lekkim kinem, pozwalającym raz na jakiś czas odpocząć trochę naszym szarym komórkom nie uwłaczając przy tym naszej inteligencji i nie wywołując u nas poczucia wstydu, że właśnie przehandlowaliśmy poczucie godności dla kilku niedojrzałych gagów.

The Faculty (1998)
Ocena: 7/10

Nie każdy zombie ma kolce

Istnieje cała masa sposobów, w jakie można uroczo i romantycznie, bez zbędnej rozdmuchanej pompatyczności, spędzić czas z ukochaną osobą. Kolacja przy świecach, serialowy maraton, wypad do kina, baru lub restauracji, wycieczka rowerowa czy spacer po parku. Dla pragnących mocnych wrażeń jest jeszcze skok ze spadochronu czy wizyta w wesołym miasteczku pełnym złowrogo wyglądających clownów. Niestety niesionych młodzieńczym uniesieniem kochanków jakoś nieustannie ciągnie na łono natury. Im głębiej w las, dalej od jakichkolwiek oznak cywilizacji i bez śladu telefonicznego zasięgu, tym lepiej. Dzika przyroda, rozświetlone gwiazdami niebo, splecione dłonie oraz ukryty w krzakach autor przeszłego koszmaru z udziałem zakochanych. Trochę ich szkoda, ale gdyby nie ich naiwność tak wielu pokazów grozy i niestosownej obrzydliwości niedane byłoby nam nigdy zobaczyć.

Seth, ulegając namowom swojej dziewczyny, postanawia spędzić z nią rocznicową randkę na polance gdzieś poza miastem. Główną motywacją trzymającą chłopaka z dala od najbliższego przydrożnego motelu jest fakt, że zaliczy bez uprzedniego błagania. Seth nie powinien wybrzydzać. Nie ma bowiem w sobie absolutnie nic z filmowego amanta. Najwyraźniej jednak odrobina urokliwej łajzowatości w połączeniu ze specyficznym zamiłowaniem do drzew wystarczają, by przyciągnąć do niego Polly oraz zrekompensować jej absolutną nieprzydatność Setha w sytuacjach kryzysowych. Oczywiście nic nie idzie zgodnie z planem i randka systematycznie zaczyna ze zwykłej klapy zamieniać się w koszmar. Chłopakowi mimo pomocy dziewczyny nie udaje się postawić namiotu, w drodze powrotnej zostają uprowadzeni przez zbiegłego więźnia i dziewczynę na narkotykowym głodzie, potrącają małe zwierzątko i zmuszeni są do postoju na stacji benzynowej, na której chyba nikt nie pracuje. Czy scenariusz nieudanej randki może wyglądać gorzej? Najlepsze oczywiście jeszcze przed nami.

2B.jpg

Splinter nie rozpoczyna się zbyt poważnie. W jednych z pierwszych scen jesteśmy świadkami ataku rozjuszonej szynszyli lub innego gryzonia. Brak futra w znaczących miejscach i ziejące krwawe rany na całym ciele zdecydowanie utrudniają identyfikację. Film szybko jednak wjeżdża na właściwe tory i zaczyna prezentować nam danie główne, czyli chaotyczny pokaz obrzydliwości. Toby Wilkins próbuje stwarzać pozory łączenia dwóch motywy. Bohaterowie początkowo znajdują się w sytuacji godnej porządnego thrillera. Bezbronna para wjeżdża prosto w łapska niepokojącej pary. Koordynator pośpiesznej wycieczki do Meksyku jest ewidentnie typem człowieka, który najpierw strzela, a potem nie zadaje już pytań, bo po co drążyć temat. Jego towarzysza wyglądająca jakby przed chwilą wyszła z szuflady w kostnicy, umila wszystkim podróż obłąkańczym bełkotem. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, tym bardziej że liczyć możesz jedynie na nieprzydatnego Setha. Na tym gnębienie bohaterów jednak się nie kończy, reżyser postanawia podbić beznadziejność sytuacji i zamyka wszystkich na stacji benzynowej, która zamienia się w śmiertelną pułapkę. Niestety wszystkiego chce za bardzo i kończy się to poważnym wyciekiem nie tylko płynu z chłodnicy, ale i napięcia. W tym momencie nie potrzeba nam już więcej dreszczowców. Wilkins rozgrzał się już wystarczająco, żeby przeskoczyć w zupełnie inne rejony. Postanawia zaprosić do zabawy zombie, lecz w tym aspekcie wychodzą na wierzch jego fascynacje kinem spod znaku Martwego Zła. Ekran próbują wypełnić maksymalnie pokiereszowane zwłoki zlepiające się w pozbawione przyzwoitości i sprzeczne naturze straszydło.

2A

Reżyser ma ewidentny problem z wyborem tego, na czym właściwie chciałby się skupić. Brakuje mu konsekwencji w potrzymaniu początkowego napięcia, a niedobory porządnej charakteryzacji skutkują nieustanie przyśpieszającym montażem. Zbliżające się w okolice kadru monstrum oznacza, że za chwilę otrzymamy irytującą i powodującą ból głowy wizualną sieczkę. Ma to swoje plusy, możliwe, że drobna migrena jest o wiele lepsza niż widok kiczowatego stroju naciągniętego na aktora. A może wprowadzenie większego chaosu spotęguje nieprzyjemny klimat. Czasem mignie nam kawałek uda, czasem kolanko, a innym razem rozerwane przez złamaną kość ramię. Resztę dopisać musi sobie nasza wyobraźnia. Oglądanie szkaradnego potwora bijącego głową w witrynę niczym dzieciak stukający w ścianę akwarium oraz przerażonych bohaterów wpadających, na co raz to bardziej desperackie pomysły bardzo łatwo może dostarczyć prostej przyjemności. Splinter stara się jednak uchodzić za coś więcej niż obrzydliwą przekąskę fanów Martwego Zła. W tle nieprzyjemnego ataku w bohaterach zaczynają zachodzić zmiany i zawiązywać się niespodziewane relacje. Wszystko to jednak połączone z jedynie pozorną zabawą thrillerem staje się tłem dla krwawej przepychanki ze skrzyżowaniem kosmicznego pasożyta z zombie. Chociaż i tutaj brakuje zdecydowania w realizacji pomysłu. Całość, mimo że nawet apetyczna nie daje ostatecznie znać, którym tropem chciałaby podążać. Zupełnie jakby film wstydził się, że sięga po klimaty gore, próbując zatuszować je czymś łatwiejszym do przełknięcia.

Splinter (2008)
Ocena: 7/10

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: