Gabinet Grozy #5: Gdyby deadline mógł być osobą: Most Likely to Die (2015)

Zabójczy arsenał zapewniający narzędzia pracy wszystkim tym okrutnym, bezdusznym i bezwzględnym mordercom zazwyczaj przedstawiał dość standardową ofertę. W zapierającej dech kolekcji, będącej koszmarem przede wszystkim amerykańskich nastolatków, znaleźć mogliśmy: imponującą maczetę Jasona, pazurki Kruegera czy plac zabaw i cierpienia Johna Kramera. Mieliśmy kuchenne noże, piły mechaniczne, łańcuchy, haki i topory. Zdarzały się kosy, liny i inne narzędzia przydatne podczas pracy w gospodarstwie. Annie z „Misery” miała swój młot, a Carrie mordercze spojrzenie. A jeżeli uparcie szukalibyśmy czegoś niestandardowego, to przypominam, że Disney już od dawna opuszczał swoim bohaterom na głowy fortepian. Czym jednak byłoby kino, gdyby nie znalazły się w nich słabe filmy, które usilnie próbują się wyłamywać ze schematów, zapominając przy tym o wszystkich innych ważnych elementach. Tym samym, najprawdopodobniej zupełnie nieświadomie, dostarczają nam sporo śmiechu. W taki oto sposób do kolekcji dołączył… morderczy biret.

Spotkanie po latach ze szkolnymi kolegami potrafi być niezwykle stresujące. Gdy tylko zaplanowana data nieubłaganie się zbliża, zaczynamy dogłębnie analizować nasze dotychczasowe życie i robić poważny rachunek sumienia. Zastanawiamy się, w którym dokładnie momencie popełniliśmy błąd i kiedy na naszej drodze życiowej ominęliśmy ten obiecywany znak z napisem „wielka życiowa kariera”. Gdy dojdziemy już do tych smutnych wniosków, że jednak zmarnowaliśmy sporą część swojego życia i że to nie tak przecież miała potoczyć się nasza bajka, zaczynamy poszukiwać wszelkich sposobów na poprawę humoru. Przecież jeżeli spojrzymy na swoje życie pod odpowiednim kątem, to wcale nie jest tak źle. W szkole zapewnialiśmy, że będziemy związani z branżą filmową i fakt, że sprzedajemy ludziom popcorn w kinie, oznacza, że aż tak bardzo z prawdą się nie minęliśmy. Oczywiście nic tak nie wpłynie na nasze samopoczucie, jak dogłębna analiza tego, co spotkało naszych znajomych. Wystarczy szybkie rozeznanie na portalu społecznościowym i już wiemy, kto wpadł zaraz po rozdaniu dyplomów, możemy zacząć obliczać powierzchnię cellitu u naszej starej znajomej i sprawdzić u kogo widać postępujące symptomy przemęczenia i skrajnego niezadowolenia z życia. Gdy dochodzi w końcu do spotkania, rozpoczyna się od nerwowych uśmiechów, ogólnikowych komplementów, aktualizacji spisu powszechnego byłych partnerów i uszczypliwych uwag na temat spóźnionych znajomych. Po kilku głębszych atmosfera się rozluźnia, nas początkowo bierze na wspomnienia, a chwilę później powracają żarty z klasowych clownów i nieudaczników. Tyle tylko, że ci ostatni, wbrew pozorom na takie spotkania też czasem przygotowują coś specjalnego.

4.

Bohaterowie Most Likely to Die na krótko przed balem absolwentów postanawiają spędzić wspólny wieczór w mniejszym gronie. Na miejsce spotkania wybierają urokliwą chatkę na odludziu, gdzie oczywiście nie ma zasięgu, ale widoki są za to całkiem niezłe. Gdy prawie wszyscy są już na miejscu, zaczynają wspominać szkole życie oraz swoje mniej lub bardziej okrutne żarty. Większości szczegółów musimy się jednak domyślać, bo nieciekawe rozmowy zbudowane są na schemacie „ej, a pamiętacie jak…? No to było zabawne”. Atmosfera panująca przy stole wskazuje na to, że znajomi chyba już za sobą nie przepadają albo ich młodzieńcze lata nie były aż tak ekscytujące, jak moglibyśmy się spodziewać. Miałkie dialogi oczywiście mogą też po prostu oznaczać fatalny scenariusz i niestety to jest odpowiedź najwyżej punktowana. Twórcy najprawdopodobniej postanowili powołać się na niemą umowę z widzami. Skoro w swoich poszukiwaniach taniej i zarazem nieco okrutnej rozrywki zawędrowaliśmy akurat tutaj, to wyczekujemy przede wszystkim zamaskowanego mordercy konsekwentnie i w milczeniu zmniejszającego skład osobowy uczestników imprezy. W takim przypadku, po co nam wciągająca fabuła, ciekawi bohaterowie i obfitujące w logikę dobrze rozpisane dialogi? Po prostu usiądźcie, przemęczcie się przez to, a główna atrakcja zaraz się przecież pojawi.

Większość przerażających morderców tuż przed swoim kluczowym wejściem na scenę odpowiednio się przygotowuję. Jedni ostrzą noże i haki w swoich obskurnych warsztatach, inni ćwiartują zwłoki ukryci gdzieś w chatach na pustyni, pozostali z lubieżnym spojrzeniem obserwują z daleka swoje przyszłe ofiary. Wszystko wskazuje na to, że tym razem główny antagonista nie należał do zbyt rozrywkowych. Skromne życie towarzyskie, a raczej jego brak ewidentnie wpłynęły na dobór hobby. Gdy jego rówieśnicy latali na imprezy, eksperymentowali z alkoholem i narkotykami lub zachodzili w głowę, jak zaliczyć przy jak najmniejszym wkładzie finansowym, on spędzał czas na dodatkowych zajęciach artystycznych. Pierwszy raz przyłapujemy go więc na robótkach ręcznych w ciemnej pracowni artystycznej. Na szczęście bardziej skupia się na wykonaniu swojej maski z masy papierowej, ozdabiając ją zdjęciami swoich oprawców wyciętymi z klasowego rocznika. Gdyby to jednak nie wystarczyło, aby pokazać, że morderca motywację swoją czerpię z ciężkiego okresu, jakim była dla niego szkoła, wszelkie wątpliwości rozwiewa falująca uniwersytecka toga, którą postanawia założyć na polowanie.

2.

W każdym innym przypadku, w tym właśnie momencie powinniśmy wysilać nasze szare komórki i zacząć się zastanawiać kto kryje się za maską mordercy i dlaczego jest taki nieprzyjemny. Te jednak w chwili rozpoczęcia decydujących momentów dawno już zaczęły dogorywać, a najwytrwalsze liczyły poległych w boju braci. Sugestią kim może być główny antagonista, dostajemy z liścia już na samym początku. Dlatego jedyne co nam zostaje to zastanawiać się dlaczego, gdy na kanapie klasowy przystojniak cierpi z powodu głębokiej rany kłutej, jego koleżanka postanawia… zagotować wodę. Może dziewczyna po prostu spanikowała i w głowie słyszała jedynie „przynieście wrzątek i ręczniki”. Niestety bardziej prawdopodobne, że na planie pełnym ludzi nikt nie wpadł na lepszy pomysł pozwalający na logiczną zmianę pomieszczenia. Takich niedociągnięć w filmie jest cała masa, a podejrzenia, że ktoś robi sobie niedojrzałe żarty, za kasę z wytwórni z każdą chwilą tylko się nasilają.

Jeżeli przymknąć oko i zgasić w pomieszczeniu wszystkie światła to Most Likely to Die ma nam do zaoferowania dość ciekawy czarny charakter. Ubrany w szeleszczącą togę, z zabójczym ostrzem ukrytym w nakryciu głowy oraz małym nożykiem ukradzionym z pracowni artystycznej mógłby zostać świetną metaforą zbliżającego się okrutnego deadline’u. Mógłby też odegrać rolę dorosłego życia, które po zakończeniu szkoły zamienia się w prawdziwy koszmar albo po prostu być duchem minionego okresu edukacji wymierzającym karę za wszystkie nasze ściągi i wagary. Niestety, tak jak cała reszta jest niekonsekwentnie i niestarannie rozpisany. Niby pod spodem ma kryć się pryszczaty nastolatek popychany w szkole, ale z jakiś niewyjaśnionych przyczyn nie ma on trudności z odrywaniem głowy od reszty ciała, a poza kadrem przemieszcza się z szybkością, której mógłby pozazdrościć mu kapitan drużyny footballowej. Zresztą w filmie wszystko jest przygotowane niestarannie, niechlujnie i niepoważnie. W oczy rażą ewidentne błędy, a uszy torpedują kolejne porcje pisanych na szybko bezsensownych dialogów. Napięcia w filmie jest tyle, co na zapowiedzianym kolokwium, a główni bohaterowie w szkolnych ławach nawet nie siedzieli obok ciekawych postaci. W obliczu zagrożenia wyczuwają oni szanse na swój jedyny życiowy sukces i mając w głębokim poważaniu kręcącego się po domu mordercę, rozbiegają się na wszystkie strony. Nagroda Darwina to może nie jest zbyt chwalebne osiągnięcie, ale jednak nagroda to nagroda. I czasami, gdy życie nie obfituje we wzloty i zwycięstwa, nie ma co wybrzydzać.

 

3.

Jeżeli się uprzeć to z filmu płynie jednak całkiem dobra lekcja. Gdy przewrotne życie, aby skopać nam porządnie tyłek, postanawia przybrać postać okrutnych szkolnych kolegów, może nie powinniśmy myśleć o krwawej zemście i fantazjować o zamykaniu naszych oprawców w klimatycznie urządzonej piwnicy. Gdy do głowy przyjdzie nam pomysł o założeniu białej maski oraz przystosowaniu przedmiotu codziennego użytku na potrzeby krwawej zemsty, może to najwyższa pora, aby wyjść na zewnątrz i pobiegać. Przejść się do biblioteki i wybrać dobrą książkę albo wsiąść w samochód i pozwiedzać trochę świata. Ponieważ najlepszą zemstą na naszym szkolnych oprawcach nie będzie wyrwanie im kręgosłupa gołymi rękami (chociaż z pewnością przyniosłoby to wiele radości), ale osiągnięcie sukcesu. Nawet jeżeli nie będzie to wielka międzynarodowa kariera, to najważniejsze, aby czuć się spełnionym w swoim życiu. I może o tym miał być ten film? Nie wiem, za głośno się śmiałem, gdy przez kuchnie niczym frisbee, przeleciał morderczy biret.

Egoistyczna Ocena: 

3.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: