Trójkąt bez Zobowiązań #6: Ktoś kręcił się po moim domku

Na dobrą sprawę wcale nie potrzeba filmów grozy, aby wyjazd w odludne miejsce wydawał się nienajlepszym pomysłem. Wystarczy, że wyjdziemy z komfortowej strefy wypełnionej technologicznym postępem, który pieszczotliwie nazywamy codziennością, i od razu zaczyna robić się nieprzyjemnie. Nasz telefon przestaje dumnie prężyć swoją największą kreskę zasięgu, zdajemy sobie nagle sprawę, ze Wi-Fi wcale nie jest naturalnym składnikiem powietrza, a na domiar złego zaczynamy słyszeć dziwne odgłosy (które miejscowi nazywają szumem strumienia lub świerszczami). Dopiero później nasz niezawodny mózg rozpoczyna wyświetlanie z niezwykłą dokładnością scen z filmów spod znaku „Okrutny morderca ft. Selekcja Naturalna”. Mamy wrażenie, że z krzaków ktoś nas obserwuje, że nawet pagórki mają oczy, w polu kukurydzy czają się jakieś dzieci, a ten strach na wróble z całą pewnością właśnie się poruszył. No dobra, może trochę przesadzam. Przecież nikt nie zrezygnuje z wyjazdu nad jezioro, tylko dlatego, że oglądał kiedyś „Piątek 13-go”. Oczywiste jest natomiast, że nie wszędzie musi być dobrze, ale najlepiej zawsze jest w domu.

Horrory zadały mi wiele dotkliwych ran. Zachwiały moją wiarą w pewne rzeczy, zburzyły wyobrażenia i zniszczyły fantazje. To w nich seksowna opiekunka okazuje się okrutną satanistką, czteroletni chłopcy są niosącym zgubę ludzkości Antychrystem. Natomiast przybysze z kosmosu, jakoś nigdy nie chcą nas adoptować czy dzielić się swoją technologią, ale nie widzą problemu w przerabianiu nas na wysokowartościową karmę. Dla tych filmów nie ma żadnej świętości. Najgorsze są natomiast filmy z rodzaju Home Invasion. To podgatunek bezczeszczący nasze bezpieczne schornienie i ubłoconymi buciorami depczący domowe ognisko. Zamaskowani nieznajomi z łomami, siekierami i innym żelastwem w dłoniach łamią podstawową zasadę dobrego wychowania. Wchodzą do domów bez pukania i zaproszenia (no dobra, czasami pukają, ale na zaproszenie przeważnie nie czekają). Zamieniają w śmiertelną pułapkę jedyne miejsce na świecie, w którym powinniśmy czuć się naprawdę bezpiecznie. W duchy, zombie, demony i porąbane clowny możemy nie wierzyć. O wiele trudniej jednak zignorować kolesia z workiem na głowie, który przy użyciu strażackiego topora i drzwi frontowych reinterpretuje na naszych oczach kultową scenę z „Lśnienia”. Produkcje tego typu, wywołują niepokój i strach niełatwy do wyparcia i wytłumaczenia. Większości zagrożeń łatwo można uniknąć. Co, jednak gdy pukają one wprost do naszych drzwi? Jeżeli uważacie, że atakowanie bezbronnych ludzi w ich własnych domach i zamiana ich azylu w prawdziwe piekło, to poważne przegięcie przypominam, że jedną z naszych świątecznych tradycji jest oglądanie „Kevina samego w domu”.

„Kochanie, ktoś kręcił się po naszym salonie”

Kristen i James w środku nocy wracają z wesela swoich znajomych i wyraźnie nie są w najlepszych nastrojach. Ona jest zapłakana, on wyraźnie poddenerwowany. Podła ludzka ciekawość nie daje nam spokoju i zaczynamy snuć domysły. Policzek chłopaka nie jest oznaczony odbiciem jej dłoni, a ona miast przepraszać milczy. Nie chodzi więc o zdradę, więc może po prostu welonu i muszki nie udało się złapać. Wszystkie błahostki idą szybko w odstawkę przy żarze ich słodkiego uczucia. Kristen w końcu ląduje na blacie, a jej bielizna na podłodze. Numerek na osłodę po odrzuconych zaręczynach przerywa jednak pukanie do drzwi. Odgazowany szampan i płatki róż zatykające odpływ w wannie stają się dla bohaterów najmniejszym problemem. Okazuje się bowiem, że tej nocy nie tylko oni będą chcieli się zabawić.

Nieznajomym Bryana Bertino wcale się nie śpieszy. Mogliby oni pójść na łatwiznę, wywarzyć drzwi i bezceremonialnie pozbyć się zakochanych, nie mieliby bowiem z tym żadnych problemów. Szybko odhaczyliby kolejny dom i jeszcze przed wschodem słońca mogliby odwiedzić sąsiadów. Jednak nie ilość, a jakość ma dla nich znaczenie. Bardziej niż zabijanie i zadawanie fizycznego cierpienia interesuje ich oglądanie przerażonych wijących się w panice ofiar. Dają oni znać o swojej obecności, a potem pozwalają, żeby strach stopniowo zaczął zżerać bohaterów. Czasem grzecznie zapukają do drzwi, postoją spokojnie na trawniku, czy cichutko przespacerują się po salonie. Zbędne są im noże i siekiery. Bezradność i niemoc, jakich doświadczają Kristen i James, wykonują pracę za nich. Mają ich w końcu tylko dwoje i nie śpieszą się z otwieraniem swojego prezentu.

Od chwili, gdy głęboki głos informuje nas, że historia oparta jest na faktach, do ostatnich paraliżujących niemal scen, Bertino tworzy solidny film. Zamaskowani intruzi odgrywają marginalną rolę, a ciężar spada na głównych bohaterów. Tutaj jednak pojawiają się problemy. Liv Tyler świetnie wciela się w rozhisteryzowaną i przerażoną kobietę, niestety ma tendencję do zamiany w szczeniaczka, wgapijącego się swoimi słodkimi ślepiami w to co dzieje się wokół niej. Taką huśtawkę łatwo jednak przełknąć, gdy partnerujący jej Scott Speedman prezentuje sobą poważny brak charakteru. Chociaż mało się dzieje, a średnia charyzmy przypadająca na bohaterów mogła być wyższa, to The Strangers porządnie nadrabia zbudowanym klimatem.

Egoistyczna ocena: 8/10

Morderczy Baranek Shoun vs Wyrośnięta Harcereczka

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w You’re Next. Tutaj upust krwi z przypadkowych postaci jest pierwszą rzeczą, jaką zobaczymy… no dobra, najpierw mamy wypraną z emocji kopulację, ale to się już nie powtórzy. Dwa trupy szybko padają, a w międzyczasie na szybie pojawia się krwawy napis — „jesteś następny”. Coś nam podpowiada, że tym razem kolejka pod nóż będzie długa, a zamaskowani intruzi będą mieli ręce pełne flaków i roboty.

Z okazji 35 rocznicy ślubu, Aubrey i Poul organizują w swoim domostwie na odludziu rodzinne spotkanie. Wszystkie pociechy na miejscu stawiają się w komplecie, przywożąc ze sobą potencjalne armatnie mięsko, czyli swoich życiowych partnerów. Dom wypełnia zgiełk i hałas, bo w końcu mamy do czynienia z prawie tuzinem osób. W takim natłoku jasne jest, że niektórzy z nich zginą, zanim przyjdzie nam ich lepiej poznać. Szybka wymiana grzeczności przy drzwiach frontowych, trochę przytulania i komplementów, a chwilę później przy stole dochodzi do rodzinnych spięć, które zna chyba każdy. Szermierka słowna między braćmi, mimochodem rzucona zgryźliwa uwaga i żuta przy stole guma sprawiają, że lista naszych faworytów do odstrzału przyjemnie rośnie. No i w końcu wszystko się zaczyna.

Ukryci za zwierzęcymi maskami nieproszeni goście wszystko sobie wcześniej zaplanowali i nie marnując czasu, przechodzą od razu do działania. Gospodarzom postanawiają zrobić niespodziankę i wpaść bez zapowiedzi. Nie pukają do drzwi przy użyciu siekiery i nie machają z daleka odciętą wcześniej ręką. O ich przybyciu domowników infomruje bełt wystający z czoła. Chrzanić psychologiczną analizę bohaterów w obliczu śmiertelnego zagrożenia, walić test wytrzymałości rodzinnych więzi, a nawet dajmy sobie spokój ze wzbudzaniem sympatii (przecież oni i tak nie pożyją zbyt długo). Zamiast tego wyrośnięty Baranek Shaun (który mógłby tak wyglądać po zakończonej służbie wojskowej) wraz ze swoimi kolegami przedstawi kilka ciekawych sposobów na rozerwanie uczestników imprezy. Niestety w misternie przygotowanym planie znalazła się poważna luka. Nawet grupa morderców nie spodziewała się, że w horrorze może pojawić się logicznie myśląca i rozsądnie reagująca na zagrożenie postać.

A.

You’re Next sprawia wrażenie kolejnego reprezentanta gatunku idącego w kierunku krwawego malowania ścian. Oni wpadają, zabijają każdego, kto pod ich wielkie noże się nawinie, ktoś będzie stawiał względny opór, a koniec i tak jest łatwy do przewidzenia. Adam Wingard postanawia się jednak pobawić konwencją. Chociaż wszystko utrzymuje w poważnym tonie, przemieszczając się po utartych schematach, często mruga okiem do zaznajomionych z tematem. Rodzina postanawia wybrać osobę, która… najszybciej biega, a w kuchennych szufladach tym razem nie zabraknie ostrych narzędzi przydatnych do obrony. Jak tu się jednak uśmiechać skoro klimat i sytuacja ku temu nie sprzyja? Najmilsza dla oka jest zmiana głównej bohaterki. Erin z najsłodszej osoby w towarzystwie po pierwszym strzale zamienia się w McCallistera po działce kokainy, a i w przypływie emocji i adrenaliny Kevinem wyraźnie się inspiruje. W tym czasie Wingard bawi się i bawi, wykolejając film z utartych torów. Dostarcza nam już nieco innej rozrywki. Jest trochę czarnej komedii, elementy kina kobiecej zemsty, jest krwawo i przewrotnie. Cały swój humor i dystans do tematu reżyser okrywa staranie powagą sytuacji, nie pozwalając sobie na bezczelne żarty. Zwierzyna miała stać się łowcą, aż tu nagle łowca stał się zwierzyną.

Egoistyczna ocena: 8/10

Czasem musimy wybrać mniejsze zło…

W zależności od tego, co nam w sercu gra i jaka liczba widnieje w naszej metryczce, gdy na scenę wchodzi zwyrodniały morderca, trzymamy stronę jego lub bezbronnych przerażonych ofiar. Trochę to niepokojące, że zamaskowanemu potworowi nieraz łatwiej zaskarbić sobie naszą sympatię, niż bohaterom, muszącym się najpierw wykazać. Chyba że tylko ja tak mam. Filmowcy przeważnie jednak wyraźnie rozrysowują granicę i dzielą uczestników krwawych rzezi na tych dobrych, chociaż niepozbawionych wad i tych złych do szpiku kości, ale zazwyczaj kreatywnych, (a jak licznik zabójstw będzie odpowiednio wysoki to może również kultowych). Mają oni czyste sumienie, bo przecież niczego nie sugerują, a to, komu będziemy kibicować, zależy wyłącznie od rozdysponowania szarych komórek między postaciami i naszego indywidualnego zdeprawowania. Fede Alvarez, twórca genialnej nowej wersji Martwego Zła, w swoim kolejnym filmie, postanowił zasiać w nas trochę wątpliwości i namieszać w proporcjach między dobrem a złem.

Trójka nastolatków pragnąca wyrwać się z rodzinnego Detroit, zajmuje się kradzieżami. Swoje napady dokładnie planują i dążą do minimalizacji możliwych niepowodzeń oraz potencjalnych konsekwencji. Podczas akcji nie korzystają z broni, a ze swojej niezapowiedzianej wizyty zabierają tylko trochę pamiątek o wartość nie przekraczającej określonej sumy. Wszystko po to, aby w razie wpadki, móc z łatwością się wylizać. Dorabianie w taki sposób jest jednak ryzykowne, stresujące, a zysk zazwyczaj niewielki. Potrzeba ucieczki przed trudnym życiem nieustnnie się rośnie, a spełnienie marzeń pozostaje nadal poza zasięgiem bohaterów. Ostatni skok ma być łatwy, przyjemny i bezproblemowy. Ma też zapewnić wystarczająco dużo zysków. Celem dzieciaków jest rozsypujący się dom, gdzieś w wyludnionej dzielnicy, zamieszkały przez samotnego niewidomego starca. W budynku tym ma kryć się całkiem spora suma. Moralnie przedsięwzięcie od samego początku jedzie tyłkiem po mulistym dnie społecznej przyzwoitości. Bohaterowie nie widzą jednak w tym nic złego, wierząc, że im pieniądze potrzebne są bardziej. Rysujący się na ich twarzach szok, gdy zdają sobie sprawę, że ze ślepego mężczyzny jest niezły kawał… weterana, jest wręcz rozbrajający. Miało być tak łatwo, a trafili oni na podstarzałego Johna McClane’a z wielkim rewolwerem, który włamywaczy ma zamiar nauczyć pokory. Przy okazji zmieniając ich tyłki oraz głowy w jesień średniowiecza. W tym momencie nie ma wątpliwości, czyi mózg chcielibyśmy zobaczyć rozmazany na ścianie. Szybko okazuje się jednak, że nie wszystko jest takie, jakie wydawało się na pierwszy rzut oka.

Alvarez ponownie zamienia klimatyczny dom w śmiertelną pułapkę, w której ogromne znaczenie ma piwnica oraz kryjące się w niej tajemnice. Tworzy on świetną niejednoznaczną sytuację pełną wątpliwości i moralnych pytań, nie przekraczając przy tym granic dobrego smaku, które w „Evil Dead” radośnie przebiegł i zostawił daleko w tyle. Pomieszczenia są mroczne i nieprzyjemne, klimat ciężki i duszny. Z takim wyczuciem wnętrz reżyser ponownie pokazuje, że ma niezwykły potencjał do tworzenia porządnych horrorów, a i w thrillerach świetnie się odnajduje. Nie ma tu podziału na dobrych i złych, ale na złych i jeszcze gorszych. Ocena grzechów pozostawiona zostaje widzowi. Urugwajczyk w swojej brawurze odrobinę się jednak zawahał. Widać, że uległ powszechnie panującym zasadom i ewidentnie wskazuje, kto jego zdaniem jest tym mniej złym. Don’t Breathe to kawał porządnej roboty, niestety problem stanowi początek. Alvarez wyraźnie chciał pominąć przedstawienie postaci i od razu przejść do rzeczy. Niestety podczas przeskakiwania o ten element właśnie zahaczył. Bohaterowie mają naprawdę średnie motywacje. Rocky, faworyta reżysera, ma wywalone na hasło „jeżeli chcesz, aby świat był dobry, sama czyń dobro” i próbuje okraść niewidomego, by w końcu wyrwać się z rodzinnej patologii. O ile tu coś przynajmniej wiemy, gorzej jest w przypadku jej partnerów — Money jest pospolitym gangsterem z dziwną fryzurą, a po szczenięcym spojrzeniu Alexa łatwo rozpoznać, że dla jednego uśmiechu koleżanki rzuci się nawet na niepełnosprawnego.

Egoistyczna Ocena: 7/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: