Trójkąt bez Zobowiązań #7: Cukierek albo… bolesna śmierć w męczarniach

Coraz większymi krokami zbliża się Halloween. Święto mające początkowo oswajać ludzi ze śmiercią przeszło przez komercjalną maszynkę zamieniając się w kolorową i radosną imprezę pełną śmiechu i dobrej zabawy. W Stanach dzieciaki w wymyślnych strojach zamieniają się w posłuszne miniony, oddające się w służbę próchnicy i bólom brzucha. Przebierają się za ulubionych superbohaterów oraz łagodne wersje znanych potworów. Po ulicach będą błąkać się mumie, wampiry, czarownice i pewnie trafi się również jakaś wróżka Zębuszka, (która jest podwójnie przerażająca, bo nie dość, że zakrada się do domów, gdy wszyscy śpią, to jeszcze pokazuje dzieciakom, że handlowanie częściami ciała jest całkiem w porządku). Na każdym kroku będzie można trafić na kolorowe ozdoby, przerażające lalki i wydrążone dynie a hit Michaela Jacksona zabrzmi tak dobrze, jak nigdy w ciągu roku. U nas tym czasie zaczynie się dyskusja na temat satanizmu, pogaństwa i odchodzącej od Kościoła młodzieży, by chwilę później przejść do palenia książek J.K. Rowling. Łakomi na słodycze mali okultyści, a ja wraz z nimi, możemy pomarzyć o chodzeniu od drzwi do drzwi ze słowami „cukierek albo psikus”, bo zamiast wymarzonych łakoci moglibyśmy posmakować co najwyżej wody święconej i oberwać po głowie „Dziadami” Mickiewicza. Dlatego zachodnie obrzędy musimy praktykować w ukryciu, najlepiej w niewielkim towarzystwie, licząc na to, że sąsiedzi nie rozpalą stosów w naszym ogródku. Niektórzy wybiorą klasykę gatunku i spędzą ten wyjątkowy czas w roku z Myersem lub Kreugerem. Inni zdecydują się na wieczór z ekipą z Hawkins lub z Sabriną poznają zwyczaje panujące w Greendale. Może nawet ktoś skorzysta z okazji i upije się z potworem Frankensteina i wyuzdanym Czerwonym Kapturkiem. Nie wszyscy jednak będą mieli tyle szczęścia.

Ależ urocze masz przebranie…

Warren Valley to ciche i spokojne miasteczko niewyróżniające się niczym szczególnym. Jednak gdy przychodzi niezwykły wieczór 31 października, senne ulice zmieniają się nie do poznania. Z każdego zakamarka wyłaniają się wilkołaki, wampiry, zombie i duchy. Są wśród nich poszukujący zabawy nastolatkowie, dorośli z pociechami i dzieci pragnące z narkotyczną fascynacją kolejnego kawałka czekolady. Miejscowi łączą się z przyjezdnymi w radosnym i roześmianym tłumie. Straszne maski mieszają się z karnawałowymi strojami. Niektórzy są śmiertelnie poważni, inni znajdują okazję do założenia publicznie wielkiego pampersa. Wśród wszystkich bawiących się są ludzie przebrani za straszydła, potwory, które dopiero z maską na twarzy stają się naprawdę sobą, ale są też piekielne istoty, których nikt nie weźmie na poważnie, bo przecież każdy tutaj jest przebrany i udaje.

A.

Trick ‚r Treat zabiera nas sam środek rozwrzeszczanego i nabuzowanego słodyczami tłumu, uczy podstawowych zasad gwarantujących przeżycie w tych niebezpiecznych chwilach oraz pokazuje różne odcienie i twarze Halloween. Emma i Henry mają odmienne zdania na temat tradycji. Ona uważa ją za dzieciną i męczącą, on mimo bijącej z jego twarzy niedojrzałości traktuję wszystko naprawdę poważnie. Laurie do miasta przybywa wraz z siostrą i przyjaciółkami. Gdy inni uganiają się za cukierkami, dziewczyny za swój cel obierają zupełnie inne łakocie. Zamieniają się w wydekoltowane wersje postaci Disneya i wyruszają na własne łowy. Laurie, nieśmiały i skromny Czerwony Kapturek, tego wieczoru ma przeżyć swój wyjątkowy, niezapomniany i z całą pewnością niezwykły pierwszy raz. Niektóre dzieciaki postanawiają trzymać się obowiązującej mody i wyruszają na zbiór słodyczy, jednak poszanowanie tradycji wcale nie gwarantuje, że uniknią spotkania z niepozornym mordercą. Inne dzieciaki znudzone podążaniem za utartymi schematami postanawiają wyjątkową noc poświęcić na zbadanie mrożącej krew w żyłach miejskiej legendy. Zupełnie różne historie łączy nie tylko czas i miejsce akcji, ale również urocza i tajemnicza mała istotka z workiem na głowie, guziczkowymi oczkami oraz… nadgryzionym lizakiem, pełniącym funkcje zabójczej broni. W takich chwilach od razu przypominają się przestrogi rodziców o tym, że słodycze szkodzą.

Michael Dougherty, mający na koncie prace nad scenariuszami do Superman: Powrót oraz X-men 2, dzień duchów pod swoje skrzydła bierze z całym jego dobrodziejstwem, ozdobami oraz leżącymi na ulicy zagubionymi cukierkami. Trick „r Treat w jego wykonaniu idealnie oddaje ducha Halloween. Nie chodzi przecież tylko o to, żeby było strasznie, a nastolatki nie brały na poważnie zamaskowanego kolesia z wielkim nożem. Reżyser wyraźnie wczuł się w tradycję i postanowił stworzyć film, który jest dokładnie taki jak święto podczas którego toczy się akcja. Jest kolorowo, radośnie, zabawnie, kiczowato i wręcz uroczo. Momentami robi się klimatycznie, strasznie, a nawet nieprzyjemnie. Oczywiście nie mogło się zabraknąć wplatania klasycznych pomysłów takich jak chodzenie po suficie, pełzającej samotnie dłoni, gęstej mgły po same kolana czy widowiskowej przemiany w potwora. Wszystko jednak skąpane jest ciepłym blaskiem rozpalonych dyniowych lampionów, a krzyki przerażonych ofiar mieszają się z gwarem roześmianych dzieci. Podejście Dougherty‚ego jest strzałem w dziesiątkę, bo o to przecież w Halloween chodzi. Niby ma być strasznie, ale przede wszystkim mamy się dobrze bawić i szeroko uśmiechać.
Ocena: 8/10 

I pomyśleć, że mi rodzice zabraniali oglądania „Z Archiwum X”

Gdy całonocne szaleństwo powoli dobiega końca. Gdy chroniący przed ciemnością dyniowy blask zaczyna słabnąć. Gdy wampiry muszą wrócić do domów i umyć zęby, a czarownice parkują w komórkach swoje miotły i zmywają swój makijaż. Gdy pierwsi zamaskowani mordercy wychodzą w końcu ze swoich kryjówek, a opiekunki zaczynają podliczać swoje premie, przychodzi w końcu czas na napawanie się swoimi zdobyczami. Dzieciaki opróżniają worki, podekscytowane tym, że przez najbliższe dni czekolada w ich żyłach będzie zawierała jedynie śladowe ilości krwi. Na imponujących stosikach jednak nie zawsze muszą znajdować się jedynie cukierki. Z całą pewnością pośród batoników i wszelkiego rodzaju łakoci znajdą się dowody świadczące o wyrafinowanym poczuciu humoru sąsiadów. Czasem może to być paczka prezerwatyw, bo przecież każdy inaczej może interpretować słowo „psikus”. Wyrazem największego okrucieństwa będą brukselki i lukrecja. Chociaż może być gorzej i trafią się produkty bez glutenu, bez cukru i co za tym idzie również bez smaku. Ktoś może też uznać, że wyrośliśmy ze zbierania słodyczy, Halloween jest idealnym momentem, by w końcu zacząć doceniać brutalne, nieprzyjemne i krwawe horrory.

B..png

Tia i Timmy wśród słodyczy odnaleźli kasetę VHS. Mimo wątpliwości rysujących się na obliczu ich opiekunki dzieciakom udaje się namówić ją do obejrzenie fragmentu tajemniczej taśmy. Okazuje się, że wbrew wcześniejszym obawom, nie zawiera ona nielegalnych i perwersyjnych materiałów. Jest jedynie średniej jakości kompilacją nieprzyjemnych horrorów. Timmy z rosnącą fascynacją, wywołującą wyraźny niepokój i niesmak na twarzy pilnującej go kobiety, docenia całym sobą reżyserski warsztat i pracę montażystów. Zdradzając tym samym zwyrodnialcze skłonności, które w przyszłości mogą się tylko nasilić. Na ekranie pojawia się m.in. sex taśma z próby poczęcia Antychrysta, powolna i niezwykle dokładna dekapitacja oraz obowiązkowa klasyka, czyli zabójca jadący na tylnym siedzeniu. Elementem wspólnym dla wszystkich historii jest nieprzyjemny clown, przy którym Pennywise sam mógłby bez problemu ubiegać się o posadę opiekunki. Grozy i obrzydliwości jest już za wiele, więc seans się kończy, a dzieciaki wysłane są do łóżek. Czy wszystko się dobrze kończy i największym koszmarem będą jutrzejsze mdłości? Otóż nie. Dowcipniś i żartowniś, który z równą wprawą przy swoich figlach posługuje się zarówno trąbką, jak i ręczną piłą, okazuje się materiałem dodatkowym dołączonym do kasety. Mimo że przyszła najwyższa pora do spania, on wcale nie ma zamiaru kończyć swoich psot.

All Hallow‚s Eve jest dość brzydkim filmem. Jakość wykonania jest średnia, aktorstwo pozostawia naprawdę wiele do życzenia, a fabularnie produkcja jest tak biedna, że aż przykro na to patrzeć. Odpowiedzialny za scenariusz i reżyserię Damien Leone, wcale nie zamierza się zniechęcać skromnymi możliwościami. Swoje wcześniejszej krótkie metraże postanawia postawić na chyboczącym się pełnometrażowy rusztowaniu. Prostotę filmu przekuwa w jego największy atut. Do czego byłyby nam potrzebne sztucznie przeciągnięte dialogi, rozrysowani dokładniej bohaterowie, czy nawet budujące napięcie sceny ze skrzypiącymi drzwiami? To, co oferuje nam Leone to groza i nieprzyjemny klimat. Sceny pojawiające się na kasecie video są odrażające, odpychające i wywołują przejmujący niepokój, wyrzucając nas ze strefy komfortu niczym strzał z trebusza. Niezwykłej aury materiałom dodaje stylizacja na filmy z przełomu lat 90 oraz charakteryzacja będąca, zapewne dowodem na budżetowe niedostatki. Lubię jednak o niej myśleć jak o ukłonie w stronę staroci gatunku. Dobrana muzyka i opraw dźwiękowa utwierdzają jedynie w przekonaniu, że ekipa dla ratowania całości zorganizowała nocne szabrowanie w archiwach i rupieciarniach pełnych rekwizytów, które dawno już wyszły z mody. All Hallows‚ Eve jest brzydkie, a jakościowo odpychające. Nie przeszkadza to jednak reżyserowi w popisaniu się swoimi umiejętnościami i zwyrodniałymi fantazjami. Wykorzystuje proste i niesmaczne pomysły, nie siląc się przy tym na zachowanie spójności i logiki. Wszystkie braki stara się zakryć nieprzyjemnym klimatem i zapadającymi w pamięć scenami, pojawiającymi się niczym w makabrycznym pokazie slajdów. Musiało być prosto. Udało się. Miało być odpychająco. I jak najbardziej było.
Ocena: 8/10

Człowiek człowiekowi clownem…

Gdy uda nam się odnaleźć dla siebie nowy sposób spędzania wolnego czasu i powoli zaczynamy delektować się płynącymi z niego przyjemnościami, nie potrzeba wiele czasu byśmy w końcu poznali resztę społeczności, do której trochę dobrowolnie się zapisaliśmy. Okazuje się, że ktoś rozkręcił już na tym niezły interes i zarabia łatwe pieniądze, a nam pozostaje siarczyste uderzenie w czoło i pomstowanie, jak to możliwe, że sami na to nie wpadliśmy. Dowiadujemy się, że wśród współwyznawców naszego nowego hobby jest cała masa ludzi, którzy wkręcili się w to na tyle mocno, że robi się to naprawdę niepokojące. No i oczywiście zawsze znajdzie się jakiś azjatycki niemowlak, który będzie robił to dziesięć razy lepiej, niż nam uda się kiedykolwiek. I naprawdę nieważne czym zaczniemy się interesować i pasjonować, zazwyczaj wygląda to mniej więcej tak samo. Przy wszystkich tych jednostkach biorących wszystko zbyt poważnie zaczynamy się martwić o ich zdrowie psychiczne, a sami mamy ochotę ze swoim zrównoważonym i mniej namiętnym podejściem do tematu wrócić do piaskownicy i bawić się tak, żeby nikt o tym nie słyszał. Bo trochę wstyd po dwukrotnym obejrzeniu „Avatara” nazywać się fanem, skoro ktoś gdzieś pomalował się na niebiesko i zamieszkał w lesie. Sprawa wygląda identycznie, nawet, wtedy gdy nie chodzi o film, książkę czy granie na instrumencie. Tak samo sprawy się mają, gdy chodzi o zwykłe strasznie.

C.

Piątka przyjaciół, tuż przed zbliżającym się Halloween postanawia zaszaleć i doświadczyć na własnej skórze prawdziwego przerażenia. Wynajmują oni campera, pakują ze sobą zapas świeżej bielizny i wyruszają w trasę po Stanach w poszukiwaniu nawiedzonych domów, w których organizowane jest profesjonalne straszenie. Podczas wyprawy spotykają na swojej drodze całą masę entuzjastów wywoływania u innych palpitacji serca. Clowny, czarownice, zombie, przerażające dzieci oraz konserwatorów przenośnych urządzeń spalinowych do pozyskiwania i obróbki drewna. Ciągle jednak czują niedosyt i pragną czegoś niepowtarzalnego, ocierającego się o granice przyzwoitości, czegoś, co autentycznie zagrozi ich bezpieczeństwu i rozszarpie na strzępy ich pragnące porządnego szarpania nerwy i zmysły. Złaknieni wrażeń poszukują tajemniczego, niemal mistycznego miejsca, przy którym wszystkie pozostałe domy są jedynie przyjaznymi dzieciom parkami rozrywki. Zdeterminowana ekipa zabiera ze sobą kamery, aby swoje poszukiwania udokumentować, czym ostatecznie wkurzają nie tylko widzów. Swoją niedojrzałą brawurą podpadają również clownom. Jak się okazuje związki zawodowe przerażających błaznów nie znają się na żartach.

Filmy kręcone z ręki jednego bohaterów najczęściej nie należą do najprzyjemniejszych do oglądania. Roztrzęsione, chaotyczne ujęcia wywołują ból głowy, niewiele jest nam dane zobaczyć, a częściej niż ostry obraz dostajemy zbliżenia na posadzkę lub kolana kamerzysty. Szumy, trzaski, wszelkiego rodzaju szmery i zakłócenia oraz ciężki oddech operatora stanowią cały dostępny soundtrack i w przypadku oglądania takich filmów pozostaje jedynie ćwiczyć swoją spostrzegawczość i z całą pewnością cierpliwość. The Houses October Built na całe szczęście dawkuje nam w przystępny sposób ilość tych wszystkich obowiązkowych zabiegów. Zamiast chaotycznej bieganiny film ociera się bardziej o dokument połączony z zakulisowymi materiałami z pracy naszych dzielnych „reporterów”. Niestety w swojej autentyczności mocno się wykłada. Bohaterowie przed swoją prywatną kamerą na siłę próbują być zabawni, spontaniczni i naturalni, co sprawia, że jesteśmy świadkami żenujących momentów. Lepiej wypadają odwiedziny w nawiedzonych domach. Twórcy postanawiają korzystać ze wszystkich możliwych sposobów na straszenie, głównie dlatego, że po prostu mogą. Tyle tylko, że wycieczki po przerażających korytarzach trwają naprawdę krótko i zamiast dreszczykiem emocji znów możemy cieszyć się widokiem amerykańskiej szosy z kamery zamontowanej na zderzaku campera. Wiara w nadchodzące mocne zakończenie okazuje się płonna. Finał przychodzi nagle i mimo budowanej aury niezwykłości wypada średnio nie tylko w porównaniu z poprzednimi atrakcjami, ale w ogole. Przyświecać miał temu motyw przewodni filmu niosący smutną lekcję, że to człowiek potrafi być najgorszym potworem. Okrucieństwem z pewnością wykazał się Bobby Roe. Reżyser wzbudził nasz apetyt, pobudził ciekawość i zmusił wyobraźnię do pracy. Dawał nam do zrozumienia, że na naszych oczach wespnie się na wyżyny kreatywności, na kolanie przełamie poczucie dobrego smaku i pozostawi nas z przynajmniej odrobinę zachwianym psychicznym samopoczuciem. Finał jednak po prostu przyszedł, miał miejsce i nie pozostawił po sobie nawet niesmaku. Był tylko po to, aby napisy końcowe pojawiły się w sensownym momencie.
Ocena: 6/10

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: