Blondynka vs Brunet S02E04: Deszcze niespokojne…

…czyli 10 naszych ulubionych filmów katastroficznych

Redaktor Ego: Pękający nam pod nogami grunt, potężne fale zmywające wszystko na swojej drodze, huragany porywające gospodarstwa wraz ze zwierzętami rolnymi, deszcze meteorytów i wybuchy wulkanów. Tak ostatni dzień w swoim kalendarzu postanowili obchodzić Majowie, a przynajmniej my tak to sobie od zawsze wyobrażaliśmy. Gdy Matka Natura z gościnnym udziałem Ojca Kosmosu postanowi spuścić nam lanie, niewiele mamy do powiedzenia. Nawet ci najsilniejsi i niezniszczalni mogą co najwyżej przerzucać cywili przez ramiona i szukać bezpiecznego schronienia. Gdy przyroda na naszych oczach przeżywa gorsze dni i pokazuje nam, że tylko pozornie zasługujemy na miano władców planety, jedyna walka, jaka nam pozostaje to walka o przetrwanie. Czy czujemy ten dreszcz niepokoju, a w naszej głowie rodzi się pytanie, co my byśmy zrobili w takiej sytuacji? Czy może efekty specjalne zapierają nam dech w piersiach, chociaż wcale nie przypominają obrazów znanych z serwisów informacyjnych? A może zacieramy ręce, gdy prognoza pogody zapowiada nam silne wiatry i opady rekinów? Słysząc o kinie katastroficznym, wiele opcji może przychodzić nam do głowy. Tragedia na otwartym oceanie, zagłada planety, a może cicha walka o każdy kolejny dzień? Ja już mam swoich faworytów. Ciekawi mnie jakie pierwsze skojarzenia to hasło wywołuje u Ciebie.

Blondynka na swoim: Moim pierwszym skojarzeniem bynajmniej nie było „2012”, ale coś bardzo podobnego. Coś, co nie jest poparte wymysłami Majów, ale zwykłym kaprysem Matki Ziemi. Zacznę od pewnego rodzaju klasyki i przedstawię film, który opowiedział historię końca świata, zanim to się stało modne. I zanim Jake Gyllenhall dorobił się pierwszych włosów na klacie. „Pojutrze” to chyba mój ulubiony film katastroficzny z kategorii wszystko na raz. Ma wszystko, czego trzeba i przy tym nie jest przesadzony, tak jak niektóre. Będzie o nich później.

Day After Tomorrow łączy wszystkie kataklizmy i wszystkie dobre cechy tego gatunku w jedną ciekawą historię. Kiedy lodowiec osuwa się wprost do oceanu, ciągnie za sobą masę konsekwencji dla całego świata. W Europie znacznie zaczyna spadać temperatura, gdzieś indziej uderza tsunami, mroźne podmuchy silnego wiatru zamrażają wszystko, co napotkają na swojej drodze i wkrótce ludzkość wpada w sam środek epoki lodowcowej. Losy bohaterów zgrabnie przeplatają się z losami Ziemi i na całe szczęście nad nimi nie dominują. Oczywiście jest wiele wątków wyrwanych z prozy życia naszych protagonistów, jakieś drobne miłostki, ale wszystko to dzieje się w tle, na pierwszym planie do samego końca są anomalie pogodowe i wizja upadku cywilizacji. Ciągle dzieje się coś nowego, co nie pozwala sie nudzić ani rzez  chwilę. A to naprawdę trudna sztuka.

Redaktor Ego: On był przystojnym niewolnikiem. Włosy miał wiecznie w nieładzie, pachniał stajnią, a mięśnie jego twarde niczym stal… mimo kiepskich racji żywności… prężyły się i lśniły od potu. Surowe życie jednak nie odcisnęło się trwale na jego młodym licu, uśmiech jego piękny nie przygasł, a spojrzenie szczenięce topić mogło lód i czarować dziewczęta w każdym wieku. Ona zaś była córką sytuowanego i szanowanego kupca. Delikatne, piękne i zmysłowe dziecię. O sile jej charakteru nieraz świadczyło spojrzenie, a odwagi w swoim filigranowym ciele miała tyle, co gladiator idący na śmierć ku uciesze cesarza. Połączyła ich zaś piękna miłość za nic mająca konwenanse i społeczne rozbieżności. Historia jak z „Romea i Julii”, tyle tylko, że Ci dwoje zmierzyć musieli się z o wiele większym żarem.

Niektóre miasta słyną z pięknych budowli, inne z wielkich parków rozrywki i świecących kasyn. Jeszcze inne pochwalić się mogą ruinami będącymi świadectwem wielkości starożytnych. Pompeje zasłynęły jednak z tragicznych wydarzeń. To właśnie na kilka dni przed wybuchem wulkanu toczy się historia młodych zakochanych. Kit Harington z sześciopakiem, słodka Emily Browning w zwiewnej sukni, walki na arenie i Wezuwiusz siejący zniszczenie niczym rozszalała ekipa Avengersów. Trochę w tym „Gladiatora”, trochę „Romea i Julii” i troszeczkę Armageddonu. Cóż, w Starożytności miłość tragiczna musiała być w modzie.

Blondynka na swoim: Mój kolejny typ to chyba jedyny w historii kinematografii remake/spin-off, który kiedykolwiek mi się podobał. Chociaż nie, nowa wersja W pustyni i w puszczy jest lepsza od starej. No to są dwa. Skoro wspomniałeś o starożytności, ja delikatnie uszczypnę mitologię. Bardzo delikatnie. Tak, że nawet nie poczuje.

Wiadomo, że na wielkich wodach zdarza się wiele wypadków i sytuacji bez wyjścia. Bo jak tu znaleźć jakieś dobre wyjście, skoro otacza Cię bezkres oceanu i żyjące w nim ewentualne stworzenia. Bohaterowie muszą więc z reguły sporo się namachać, żeby z katastrofy wodnej wyjść cało. Na pewno przychodzi Ci teraz do głowy „Titanic”, ale ja mam na myśli coś innego.

Posejdon to losy statku, który w noc sylwestrową, przewraca się do góry nogami (do góry dnem? do góry spodem?) pod naporem wielkiej fali. Powoduje to ogromne zniszczenia. Za chwilę gdzieś przepalą się kable i cała załoga wraz z pasażerami zrobią kaboom. Bohaterowie, którym udało się przeżyć, łączą się w survivalowe stado, ale ich liczba ulega aktualizacji scena po scenie. W tym filmie również na plus jest to, że prywatne sprawy każdej z postaci są na przestrzeni całej akcji praktycznie nieważne. Eliminacyjne wyzwania, którym muszą sprostać przypominają zadania, które dostaje się w grach. Wszystko wygląda na tyle realistycznie, że mogę ten film bardzo polecić, a do tego jest oprószone (przynajmniej przez chwilę) zdrową dawką humoru.

Redaktor Ego: Gdy w okolicach Twojej planety przelatuje ogromny meteoryt i wszystko wskazuje na to, że będzie chciał przyjrzeć się z bliska miejscu, w którym jego krewny kiedyś zgładził dinozaury, możliwości zostaje niewiele. Można go ostrzelać wszystkim, co udało się zmagazynować od czasów zimnej wojny. Można wysłać grupę uderzeniową wyszkolonych komandosów, wspieranych przez najwybitniejsze umysły planety i kazać im laserami strzelać do kamieni. Wszystko to jednak najbardziej oczywiste rozwiązania, a co za tym idzie… nudne. W tak kryzysowej sytuacji należy przymknąć oko na ustalone procedury i zrezygnować z konwencjonalnych metod. Przy okazji tworząc naprawdę genialny klimat i świetny film. Skoro sytuacja i tak jest już beznadziejna to, co szkodzi nam wysłać w kosmos kowboi.

Jakie działania należy podjąć? Krok pierwszy. Zbierz genialną różnorodną obsadę. Bruce Willis, Ben Affleck, Liv Tayler, Steve Buscemi, Peter Stormare, Owen Wilson, William Fichtner, Michael Clarke Duncan. Krok drugi. Część z nich wystrzel w kosmos. Krok trzeci. Rozpisz ciekawe postaci i relacje między nimi. Krok czwarty. Niech będzie trochę romantycznie, zabawienie i czasem naprawdę dramatycznie. Krok piąty. Napisz historię w taki sposób, żeby ludzie nawet, oglądając film po raz dziesiąty, liczyli, że Willisowi się uda. Mimo że tytuł ma już niemal tyle lat co ja, Armageddon ma w sobie wszystko to, co gwarantuje przyjemne i emocjonujące oglądanie. Niezależnie ile razy już wypożyczałeś go na kasecie VHS.

Blondynka na swoim: Owen Wilson ratujący świat. Ten sam, który w Rycerzach z Szanghaju zwisał ze wskazówki Big Bena i w obliczu śmierci analizował krok po kroku swoje życie, a raczej kochanki. Chcę to zobaczyć.

Na początku wspominałam o obecnym w filmach katastroficznych przesadzeniu. No to teraz, dla przełamania tej sielanki, mam dla Ciebie coś, co trochę wystaje ponad skalę Richtera. Wiadomo, że Dwayne Johnson nie umiera. Pokazało to mnóstwo filmów z jego udziałem – ten człowiek to żywy Luke Cage. W jednej ze swoich produkcji Dwayne wciela się w nieustraszonego i nieumieralnego Raya – pilota śmigłowca, który w obliczu zagrożenia pędzi na pomoc swojej córce. Świetny logline, lepiej bym tego nie ujęła.

San Andreas nie jest złym filmem. Sama historia jest poprawna i odpowiednio trzyma w napięciu. Ale jest przy tym odrobinę na siłę. I po natłoku katastrof, który znamy z Pojutrze czy 2012 trochę monotonny. Dlatego twórcy zepchnęli największe w historii USA trzęsienie ziemi na dalszy plan na rzecz rozwodzącego się Dwayne’a Johnsona, jego niezdecydowanej żony i córki, która zaginęła gdzieś między jedną kupą gruzu a drugą.

Mam też mieszane odczucia co do ostatniej sceny. Z jednej strony daje ona nadzieję na lepsze jutro, ale z drugiej jest zbyt naciągana, żeby mogła wzruszyć. Chyba że oglądałam to w złym momencie cyklu. Może dwa tygodnie temu bym oceniła San Andreas na 10.

Redaktor Ego: Wielu ludzi myśląc o końcu świata, wyobraża sobie, że nastąpi on natychmiastowo. Nasz glob po prostu pęknie niczym zepsuta dynia. Termin przydatności naszej planety się skończy i zostanie wyrzucona na śmietnik wszechświata, a cała ludzkość przepadnie, zanim zdąży zauważyć, że się zaczęło. Tyle tylko, że nie do końca wiadomo, kiedy to nastąpi. Dobrze byłoby znać przynajmniej przybliżoną datę. Można wtedy zamknąć wszystkie niedokończone sprawy, pogodzić się z krewnymi i sąsiadami, a potem wziąć kredyt i wyjechać do ciepłych krajów. Pewnie dlatego tak dużą popularnością cieszył się rok 2012. Było to przecież logiczne. Jakiś Indianin szorujący do pracy 5 dni w tygodniu ślęczał przed kamienną tablicą, aż w końcu miał serdecznie dość i stwierdził, że wystarczy. „Jak stara wodza dożyje do tej daty, to sobie sama będzie dłubała dalej”. W momencie, gdy młody chłopak rzucił dłuto i poszedł z kolegami na dziki, podpisał wyrok na naszą planetę, a jego nieróbstwo doprowadzi po tysiącach lat do wybuchu planety. Związek przyczynowo-skutkowy widać jak na dłoni.

Na fali zamiłowania do tej daty powstał film, który spełnia oczekiwania absolutnie wszystkich. Z jednej strony świat ulega zniszczeniu z prawdziwym rozmachem. Roland Emmerich nie miłuj się nad niczym. Ileż radości płynie z widoku zapadającej się Kaplicy Sykstyńskiej, Jezusa z Rio de Janeiro załamującego ręce czy wojskowego lotniskowca miażdżącego Biały Dom. Miasta się zapadają, wulkany strzelają pod samo niebo, a wielka fala zalewa Himalaje. Miał reżyser rozmach, to pewne. 2012, mimo dostarczania mocno bezstresowej rozrywki, ma w sobie całe mnóstwo głupot i nieścisłości wielkości zapadających się w filmie metropolii. I w sumie nic dziwnego. Produkcja Emmericha miała w sobie tyle logiki ile wiara, że właśnie tego dnia wszystko pójdzie się… Całe szczęcie Koniec Świata jest nadal świętem ruchomym.

Blondynka na swoim: A co, jeśli to już się zaczęło i to nie Matka Natura ani czas są tu najbardziej złośliwi? Chcesz przybliżonej daty? Proszę – nie później niż za 100 lat. Jeśli nadal będziemy masowo katapultować spaliny w kosmos i cieszyć się, że Ziemi pomylił się listopad z kwietniem, zamiast starać się to naprawić. Ale do rzeczy, skoro już wspominam o ekologii, zostanę na kilka chwil.

Do tej pory w moich zestawieniach dominowała złośliwa Matka Natura. Teraz stawiam na ludzki błąd i zapraszam na platformę wiertniczą, której historia wydarzyła się naprawdę. I to całkiem niedawno. Jeśli pamiętasz te memy z prezydentem Obamą o tym, że w tej sytuacji wszyscy jesteśmy tuńczykami, już wiesz, co mam Ci do przekazania.

Deepwater Horizon to genialnie zrealizowana relacja z wybuchu platformy, widziana oczami pracowników. Kiedy dochodzi do awarii, ropa zaczyna wyciekać do oceanu, a w końcu wszystko staje w ogniu. Do tego zrywa się sztorm, co utrudnia, a wręcz uniemożliwia ekipom ratunkowym dostanie się do poszkodowanych. Głównym bohaterem jest tu ktoś na kształt kapitana, który stara się zrobić, co w jego mocy, aby jak najwięcej ludzi wyszło z katastrofy cało. Żeby nie było tak sucho, od czasu do czasu widzimy też jego rodzinę, która oczekuje w domu na jakąkolwiek informacje. Nie jest to jednak nachalne ani nie tłamsi fabuły. „Żywioł” opiera się na ludzkich emocjach i woli przetrwania, co widziałam już w „Posejdonie” czy „Dunkierce” i to na nich budowane jest napięcie, co jest bez wątpienia największym atutem całego filmu.

Redaktor Ego: Domyślam się, że ciężko będzie Cię przekonać do tego, że apokalipsa zombie zalicza się do kategorii katastrofa. Jednak w tym przypadku nie odpuszczę ze względu na ciekawe podejście i niecodziennej perspektywy opowiadania historii. Gdy na świecie dzieje się coś złego (a dokładnie, gdy dzieje się w USA) wszystko oglądamy z całkiem dobrych miejsc, najczęściej w pierwszym rzędzie. Atak obcych, deszcz meteorytów, wielki huragan cokolwiek sobie wymarzysz, w kinie najczęściej podziwiamy wraz z bohaterem, który znajduje się w samym centrum wydarzeń. W tym przypadku jest zupełnie inaczej.

Akcja To przychodzi po zmroku dzieje się w świecie dotkniętym przez czynnik zamieniający ludzi w coś na podobieństwo zombie. Niczego jednak nie jesteśmy pewni. Czy to kosmiczny wirus, eksperymenty naukowy czy niespotykana choroba? Jak w ogóle do tego doszło? To po prostu już się wydarzyło. Paul wraz ze swoją rodziną znalazł schronienie w chatce gdzieś z dala od zgiełku miast. Nie do końca wiedzą oni, co miało miejsce ani z czym muszą się zmagać. Żyją zgodnie z ustalonymi zasadami i tylko konsekwencja działania oraz surowe życie mogą ich ocalić. Reguły są proste. Gdy zapada zmrok, wszyscy mają być w domu, bo wtedy właśnie za drzwiami czai się największe niebezpieczeństwo. Gdzieś tam w centrum Nowego Jorku jakiś przeciętniak w obronie córki piszę swoją historię w stylu „od zera do bohatera”, a może tym zombiakom tyłek kopie wygimnastykowana Milla Jovovich. To są jednak najczęściej przekoloryzowane jednostki. Co w tym czasie dzieje się wśród prostych ludzi próbujących żyć gdzieś z dala od wybuchów i scen akcji?

BNS: Powiem Ci, co się dzieje. Siedzą na plaży, sącząc drinki i nie podejrzewając, że za chwilę może się coś wydarzyć. Bardzo złego. Tak, jak nie podejrzewali tego moi kolejni bohaterowie.

Na koniec ugryzę temat z innej strony i uraczę Cię czymś z bardzo dalekiego wschodu. Bo nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła czegoś w krainie dobrych telefonów i specyficznej odmiany popu.

Koreańczycy nie przepadają za smuceniem się. To kinematograficznie wyjątkowo pozytywny naród, który nawet kryminał potrafi trochę ubarwić na śmieszno. A horrory im niekoniecznie wychodzą. Haeundae czy jeśli wolisz Tidal Wave to historia pewnego tsunami, które nawiedziło plażę o tylko pozornie trudnej do wymówienia nazwie – Haeundae (Heunde). To, co jest zaskakujące, to to, że przez ponad połowę filmu nie ma mowy o żadnym tsunami. Owszem, są dwa wspomnienia wydarzeń sprzed lat i dwie wzmianki o silnych ruchach sejsmicznych gdzieś na oceanie, ale jak zwykle tylko jeden człowiek bierze to na poważnie. Przez ponad godzinę obserwujemy więc życie bohaterów, ich relacje, czasem jest nawet dość śmiesznie (jak na koreańskie standardy). Chyba to po to, żeby widz polubił to małe społeczeństwo i po wszystkim bardziej szkodował. Pomimo że właściwa akcja to zaledwie kilkadziesiąt minut, rekompensuje każdą ciągnącą się minutę. Jest realistyczny i na tle innych filmów z tego gatunku wypada niezwykle prawdziwie. A przede wszystkim twórcy bardzo umiejętnie wplatają w fabułę resztkę humoru. A z prostego oglądacza wyciskają te łzy, które zapomniały się uronić podczas „San Andreas”

Ego: Naprawdę nie jestem w stanie uwierzyć, że pominełaś jednen z najbardziej rozpoznwalnych filmów katastroficznych, przy którym już drugie pokolenie wylało morze łez. Przykro mi z tego powodu. Jedyne co w takiej sytuacji mogę zrobić to posłuchać łzawej melodii.

BNS: Osobiście zawsze uważałam, że piękno tkwi w zniszczeniu. Jakkolwiek to brzmi, zobacz kiedyś jak w zwolnionym tempie wygląda pękający balon z wodą albo tłukąca się szklanka do whisky. Czysta magia! Filmy katastroficzne też z reguły dzieją się wolniej, żebyśmy zobaczyli każdy detal walących się miast – na tym polega ich fenomen. Większość z nich też ma swój charakterystyczny schemat jeśli chodzi o postaci – przypomnij sobie kilka tytułów, w ilu z nich bohaterowie są w trakcie rozwodu w momencie, w którym zaczyna się apokalipsa?

Pomimo wszystko ludzie kochają takie kino i twórcom nie pozostaje nic innego jak tylko straszyć nas kolejnymi wizjami końca świata i katastrofami ekologicznymi, które swoją drogą zagrażają nam bardziej niż niejeden huragan.

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: