Fantastyczna Biblioteka #1: T. Pratchett/S. Baxter – Długa Ziemia

(Za)Długa Ziemia

 

Długa ZiemiaJako dzieciak braku listu z Hogwartu w skrzynce nie tłumaczyłem sobie organizacyjnym upośledzeniem mojej sowy. W zasadzie w ogóle sobie tego nie tłumaczyłem. Głównie dlatego, że ze szkoły poza metryczką Słowackiego i nienawiścią do Łęckiej wyniosłem jedynie ogromną awersję do czytania. Nie oznaczało to jednak, że zaniechałem poszukiwań magicznych przejść do innego świata. Przesiadywałem w szafie pełnej starych płaszczy. Kręciłem się wokół opuszczonych budynków. Zaglądałem do tajemniczo wyglądających zagajników i chruśniaków. Z tęsknotą zerkałem na pola rozciągające się po drugiej stronie strumienia czy nawet zastanawiałem, co by było, gdybym jednak wpadł do tej studni. Jakim cudem przeżyłem na tyle długo, żeby wejść w okres dojrzewania, pozostaje dla mnie zagadką. Minęło już trochę lat, od kiedy ostatni raz myślałem, że przy uderzeniu z odpowiednią siłą i prędkością uda mi się przebić czołem na drugą stronę lustra. I to właśnie teraz, gdy żyję w przeświadczeniu, że z pewnością spróbowałem już wszystkiego, Terry Pratchett uśmiecha się do mnie radośnie i wraz ze Stephenem Baxterem pokazują mi… ziemniaka.

Pewnego dnia do sieci trafia nietypowy rysunek techniczny tajemniczego urządzenia. Kilka kabelków, śrubek, odwodów i innego elektronicznego tałatajstwa. Wszystko dokładnie rozpisane i rozrysowane. A pośrodku planu, jego główne źródło zasilania, czyli dorodny ziemniak w mundurku. Zupełnie jak w tych szkolnych eksperymentach z zegarem, które widywaliśmy w sitcomach. Warzywo w środku oczywiście może być jedynie symboliczne, rozsądnie byłoby więc spróbować zastąpić je np. materiałami wybuchowymi, wzbogaconym uranem albo (na wzór profesora Atomusa) słodkościami i związkiem X. Internet w swym działaniu jest jednak prosty i wszyscy kierują się konkretnymi wytycznymi, nie poddając niczego w wątpliwości. Okazuje się, że urządzenie działa bez zarzutów. Gadżet zwany Krokerem daje możliwość przemieszczania się między równoległymi Ziemiami. Ludzie zaczynają „przekraczać” jak szaleni, odkrywając setki kolejnych niezamieszkałych kopii naszej planety. Ponownie rozpoczyna się epoka pionierów i odkrywców.

Urządzenie, za pomocą przełącznika, pozwala wykonać jeden krok na umowny wschód lub zachód. Każdy krok to przejście na kolejną alternatywną Ziemię, za którą znajdują się setki tysięcy kolejnych. To właśnie nieskończony łańcuch równoległych rzeczywistości nazwany jest Długą Ziemią. Z misją zbadania niezwykłego zjawiska oraz odnalezienia jego granic wyrusza Joshua Valienté, naturalny kroczący, który nie potrzebuje Krokera w swoich podróżach oraz Lobsang, nieco narcystyczna sztuczna inteligencja będąca reinkarnacją tybetańskiego mechanika. Wsiadają oni do sterowca i rozpoczynają podróż na koniec światów i jeszcze dalej.

Wszystko to brzmi i zapowiada się nie zwykle obiecująco. Dwójka autorów otwiera sobie w bardzo łatwy sposób furtkę do nieograniczonych możliwości, jednocześnie mając gotowy grunt do piętnowania niegodziwości ludzkiego społeczeństwa. Jednak z każdą chwilą robi się coraz mniej ciekawie, a przeciągająca się podróż pełna jest rozczarowań i niewykorzystanego potencjału. Książka rozpoczyna się od stosunkowo szybkiego przedstawienie Dnia Przekroczenia, czyli pierwszego użycia Krokerów i pierwszej podróży na równoległe Ziemie. Jednak już chwilę później akcja przyśpiesza o kolejne lata, a ja czuję się jak dzieciak ściskający bilet, który nie został wpuszczony na seans. Pobieżnie opowiedziany początek sprawia, że odkrycie Długiej Ziemi jest dla mnie jak lądowanie na Księżycu. Niby nadal jest to niezwykłe, ale nigdy nie będzie mi dane przeżyć i zrozumieć tego, co czuła ludzkość tego dnia. Autorzy też mi tego nie zamierzają opisać. Czy pośpiech oznacza, że więcej atrakcji czeka nas później? Niestety na stałe zostajemy drugorzędnymi widzami, którzy mogą co najwyżej przylepić nos do szyby z nadzieją, że zobaczą coś ciekawego.

Podróż głównych bohaterów i przyświecający im cel przypomina trochę chęć dotarcia do ostatniej komórki dostępnej w Excelu. Niczym Joshua siedzimy na pokładzie i nudzimy się, gdy tuż pod naszym nosem przelatują kolejne równoległe rzeczywistości przedstawiane najkrócej jak to tylko możliwe. Od czasu do czasu kolejny barwny opis szybkości, z jaką przemieszczają się bohaterowie, przerwany jest relacjami przypadkowych postaci ze spotkania z Długą Ziemią, co trochę przypominało mi „Stukostrachy” Kinga. Czasem autorzy zlitują się nad nami i pokażą z bliska coś nietypowego, akcja na krótką chwilę przyśpieszy, lecz tylko po to by nieubłagana chęć dotarcia na koniec „mapy” ucięła ją bez zbędnego przeciągania. Tyle tylko, że odrobiny tego przeciągania brakowało. W pewnym momencie jedna z postaci zauważa, że bohaterowie tak naprawdę nie badają Długiej Ziemi, a jedynie turkoczą w tym swoim wielkim penisie po niebie, nie poznając tak naprawdę niczego. Na początku naprawdę mnie to rozbawiło, później jednak zdałem sobie sprawę, że cała książka to przejażdżka na latającym prąciu, z którego niewiele widać. Dawno nie spotkałem tak celnej autoironii.

Jak to często bywa, literatura fantasy jest świetną okazją do poruszenia poważnych społecznych kwestii. W tym przypadku również książka zmierza delikatnie w tym kierunku. Dzikie i czyste ziemie, pełne złóż naturalnych i zwierzyny są szansą na nowy start, rozwiązaniem problemu przeludnienia, możliwością wyciągnięcia wniosków. Ludzie jednak po zniszczeniu oryginału z kolejnymi Ziemiami robią dokładnie to samo. Krytykowania jest jednak zdecydowanie za mało. Tego typu wątki wydają się jedynie zasygnalizowane i przewijają się na drugim tle, pozostawione niemal bez oceny. Na mocne uderzenie trzeba czekać zdecydowanie dłużej i tutaj znów trochę szkoda, że element ten został zaniedbany. W zasadzie wiele rzeczy wydaje się tu zrobione na pół gwizdka.

Mimo sporego rozczarowania i tlącego się potencjału, który jak na razie został raczej zadeptany (by przypadkiem coś się od niego nie zajęło), nie można uznać, żeby czytanie „Długiej Ziemi” było męczące czy bolesne. Lekko i sprawnie można mknąć przez kolejne strony, zupełnie jakbyśmy dosiadali podniebnego penisa. Książka może nie obfituje w zaskakujące wersje naszej planety, ale z całą pewnością nie brakuje w niej humoru czy nawiązań do popkultury. „Długa Ziemia” nie była męczarnią mimo zaskakującego podejścia do alternatywnych światów oraz przegadanych w większości fragmentów. Miała w sobie lekkość, która pozwalała dość szybko przebrnąć przez kolejne strony. Zupełnie jak latający… dobra, dam już spokój. Zupełnie jak bohaterowie mknący przez Długą Ziemie, tak czytelnik nie powinien narzekań na płynność ruchów. Tyle tylko, że raczej zbyt dużo w czasie tej podróży nie zobaczy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: