Fantastyczna Biblioteka #2: M. Grant – Faza Pierwsza: Niepokój

King, dzieciaki i „Z Archiwum X”

 

Faza Pierwsza - NiepokójZa każdym razem jestem pod olbrzymim wrażeniem wielkiego optymizmu charakteryzującego twórcy literatury fantasy z udziałem dzieciaków. Najpierw zasypują swoich bohaterów całą masą prywatnych problemów. Później podsuwają im pod nos zaskakujące informacje na ich temat i wywracają ich życia do góry nogami. Dowiadują się, że mają niezwykłe umiejętności, są czarodziejami albo tylko one mogą powstrzymać nadciągającą inwazję obcych. Zmiana środowiska i towarzystwa nie oznacza wcale końca problemów. Zaraz pojawia się ktoś, kto próbuje ich zabić, poniżyć albo wykorzystać. Nowe życie kopie ich po tyłkach najlepiej, jak tylko potrafi. Dobra. To wszystko może świadczyć przede wszystkim o okrucieństwie, ale optymizmu też jest w tym sporo. Dzieciaki zupełnie się niczym nie przejmując, wychodzą ze wszystkiego całe i zdrowe otrzepując nonszalancko kurz z ramienia. Zdarza się też, że mimo młodego wieku wypowiadają zdania, które nie pasowałyby niejednmu dorosłemu. To właśnie ten rodzaj optymizmu przerażał mnie najbardziej przed rozpoczęciem książki Michaela Granta.

Pewnego dnia w spokojnym Perdido Beach spełnia się marzenie wielu zbuntowanych czy zastraszonych dzieciaków. W jednej chwili nagle i zupełnie niespodziewanie, jak za dotknięciem magicznej różdżki czy pstryknięciem thanosowoej rękawicy, znikają wszyscy powyżej piętnastego roku życia. Nie ma nauczycieli, policjantów, narzekających nad głowami rodziców i gnębiących starszych kolegów. Wraz z nimi znika większość problemów, a przed dziećmi otwierają się nieograniczone możliwości i niczym nieskrępowana wolność. Żadnych zasad, żadnych ograniczeń. Konieczność mycia zębów i wczesnego chodzenia spać odchodzi w niepamięć. Pozostają cheeseburgery i przesiadywanie przed konsolą do późna w nocy. Czy wszystko jest jednak takie cudowne, jak mogłoby się wydawać? Będąc w ich wieku, z pewnością dostrzegłbym sporo plusów. Sytuacja jednak szybko przestaje być zabawna. Czy do dlatego, że bohaterowie Granta nad wyraz szybko dojrzewają i dostosowują się do sytuacji? Niekoniecznie. Dzieje się tak bowiem nagle zaczyna się cała masa niepokojących i dziwnych rzeczy.

Faza pierwsza: Niepokój to książka otwierająca sześciotomowy cykl rekomendowany przez samego Stephena Kinga, który jest jednym z jego największych fanów. Co w zasadzie zupełnie nie powinno dziwić. Ale o tym trochę później. Pierwszy tom serii nieustannie przywodził mi na myśl serial „Lost”. Zupełnie jak w amerykańskiej produkcji, tak i tutaj główni bohaterowie nieoczekiwanie znajdują się w sytuacji wymagającej od nich stworzenia od podstaw nowego społeczeństwa. Muszą oni wejść w nowe role, odbudować podstawowe relacje, hierarchię i przywrócić przynajmniej szczątkowy system wartości. Teoretycznie zadanie wydaje się proste, bo przecież ze sposobem funkcjonowania wspólnoty mamy do czynienia od najmłodszych lat. No, chyba że ktoś przysypiał na zajęciach z socjalizacji. W praktyce jednak wszystko staje na głowie i zaprowadzenie porządku graniczy z cudem. Tym bardziej, gdy wszystko jest w rękach dzieci. Miasteczko pozbawione dorosłych zamienia się w bezludną wyspę, w której wprowadzenie prawa silniejszego jest kwestią czasu, a bohaterowie zdani na siebie, nie mają nikogo, kto mógłby im pomóc czy wskazać właściwy kierunek.

Na tym jednak podobieństwa do serialu się nie kończą. Zagubieni zapadli mi w pamięć (tak jak zapewne wielu widzom) tym, że z każdym kolejnym odcinkiem i sezonem robiło się coraz dziwniej, a przymknięcie oka chociaż na chwilę oznaczało permanentne zgubienie wątku. W Faza Pierwsza: Niepokój zniknięcie dorosłych to zaledwie początek. Z czasem Grant podrzuca kolejne niezwykłe elementy swojego świata, prezentując mieszankę pomysłów w zasadzie już wykorzystanych. Wśród dzieciaków, na podobieństwo marvelowskich X-menów, pojawiają się niezwykłe umiejętności, za wiele wypadków zdaje się odpowiadać tajemnicze światło niczym z folderów ukrytych w Archiwum X, a od reszty świata okolica odgrodzona jest nieprzerwana barierą, podobnie jak w „Pod Kopułą” Kinga. (pozostaje pytanie, kto na pomysł wpadł pierwszy, bo sama data wydania przemawia na korzyść Granta). To i tak nie wszystko. Autor stale powiększa arsenał wynaturzeń i mutacji, zaskakując czymś nowym nawet na ostatnich stronach. Nie zagłębia się w to jednak bardziej, pozostawiając czytelnika w niewiedzy oraz wzbudzając jego… niepokój.

Najciekawsze nawet realia i dystopie potrafią zepsuć zbyt idealni bohaterowie, którym udaje się wszystko, a dojrzałość niestosowna do wieku wręcz bije po oczach. Zupełnie jakby autorzy zapominali, jak to było być dzieckiem. Dlatego od pierwszych stron przypominałem sobie swoje beztroskie lata, kiedy oprócz szkoły i obowiązków starałem się unikać również wszelkiej odpowiedzialności. Próbowałem dawnego siebie wpisać w stresującą sytuację, w jakiej znaleźli się bohaterowie. Grant z opisywaniem nieletnich rodzi sobie całkiem nieźle, unikając przy tym zbyt dużej dawki naiwności. Pozostałe w miasteczku dzieci możemy podzielić na trzy grupy. Tych dobrych, złych i tych, o których Grant star się nie pisać. Nie zgadując przy ostatnich, jak mogłyby zachować się dzieci w tej sytuacji. Zaprowadzenie porządku w Perdido Beach mimowolnie spada na barki m.in. Sama, skrytego i pragnącego pozostać w cieniu chłopaka, któremu bohaterski epizod z przeszłości nie ułatwia sprawy, inteligentnej, lecz z pewnością nie przemądrzałej Astrid oraz posiadającego kręgosłup moralny o konsystencji galaretki Quinna. W zasadzie w swojej przeciętności i przejawiającej się od czasu do czasu bezradności dalecy są od wzbudzania niesłychanej sympatii. W pewnym stopniu są przeciętni i ciężko zarzucić im przesadną wielowymiarowość. Może dzięki temu wypadają naturalniej.

Natomiast jeżeli chodzi o czarne charaktery, to Grant spisał się świetnie. Przebrzydłe gnojki z kompleksem wyższości i problemami z agresją doprowadzały mnie autentycznie do szału. Na tyle, że sam z chęcią zajął się ich bardzo stresowym wychowaniem. Przy próbach podkręcenia akcji zdarzają się perełki, które trudno wyobrazić sobie w wykonaniu czternastolatków. Jednak wiele można wybaczyć, jeżeli w zamian dostaje się cały katalog dziwnych zjawisk rodem z Archiwum X, tajemnicy kryjącej się za wszystkimi wypaczeniami rzeczywistości oraz przeczucia, że autor przyszykował dla nas z kolejnymi tomami wszystkiego jeszcze więcej. Pytanie „jak ja poradziłbym sobie na ich miejscu” szybko zamienia się w „o co właściwie tutaj chodzi”. I oby tak zostało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: