Trójkąt bez Zobowiązań #9: A na polance pośrodku lasu stała urocza chatka…

Nie ma to jak wyciszający i relaksujący wypad za miasto. To świetna okazja, by wyrwać się z cywilizacyjnego pędu i zatrzymać na chwilę. Odetchnąć świeżym powietrzem, wyciszyć umysł z dala od zgiełku miasta, komunikacyjnego szumu czy obezwładniającego natłoku obowiązków. Nie potrzeba do tego wielkich luksusów. Na dobrą sprawę wystarczy zwykła chatka. Kilka pozbijanych desek, skrzypiące podłogi, nieszczelne okna i drzwi ledwie trzymające się na przeżartych rdzą zawiasach. Wszystkie niewygody z łatwością zrekompensuje ciepło dobywające się z kominka, spokój i wszechogarniająca cisza. Nie ma nic bardziej kojącego niż wyjście na trzeszczącą werandę i podziwianie pięknych okoliczności przyrody. Wiatr szumi pomiędzy gałęziami drzew, słodka wiewiórka strzyga uważnie uszami, swoim tempem leniwie przez zarośla przedziera się gnijący zombie. Z daleka dociera do nas szmer płynącego niedaleko strumienia, to znów ciszę przerywa zaśpiew okultystycznych fanatyków palących w lesie ogniska. Na ledwie widocznej ścieżce możemy dostrzec borsuka, innym razem małą, bladą i zakrwawioną dziewczynkę z czarnymi włosami. Raz zaśpiewa pięknie ptak, raz echo poniesie melodię piły mechanicznej odpalonej na najwyższych obrotach. Aż chce się wziąć wtedy głęboki oddech i zanucić pod nosem what’s a wonderful woods.

A więc o to w tym wszystkim chodzi!

Grupa przyjaciół postanawia wyjechać na weekend do domku w lesie i porządnie się tam zabawić. Przed wyruszeniem w drogę muszą najpierw zebrać starannie wyselekcjonowaną drużynę. Na pokładzie campera meldują się: przystojniak o aparycji futbolisty, szalona blondynka z tendencjami do rozwiązłości i eksperymentowania, uroczy inteligent o spojrzeniu słodkiego szczeniaczka oraz klasowy głupek, który, mimo że wszystkich irytuje i drażni, nadal jest tolerowany. Oczywiście jest też skromne, niewinne dziewczę, skupiające wokół siebie całą historię. To właśnie dla niej wyjazd zamieni się w prawdziwe piekło i nierówną walkę o przetrwanie. Właśnie ona jako jedyna przetrwa, by do końca swoich dni żyć z bolesnym wspomnieniem tego wyjazdu. Przepraszam, czy ja właśnie zdradziłem zakończenie filmu?

Jeżeli po horrorze, którego opis rozpoczyna się od słów „grupa przyjaciół postanawia wyjechać…”, ktokolwiek spodziewa się czegoś więcej niż bohaterów o znikomej chęci przetrwania, całej masy krwi i głupich zgonów oraz pozbawionych logiki działań, jest doprawdy niepoprawnym optymistą. Filmy tego typu powstają w ilościach hurtowych i w zasadzie niewiele się między sobą różnią. Schemat goni schemat, a łamanie odwiecznych praw obowiązujących w podgatunku równoznaczne jest z herezją. My jako widzowie mimo wszystko takich historii łakniemy, a zamiast odczuwać przejedzenie, zaczynamy dostrzegać inne walory takiego kina. Możemy w końcu wraz ze znajomymi pośmiać się z bohaterów obdarzonych skromną liczbą szarych komórek. Dom w Głębi Lasu jest właśnie o takich filmach. Znalazło się w nim również miejsce dla nas widzów, jako niezwykle ważnego elementu całej tej historii.

 

Joss Whedon i Drew Goddard wyśmiewają każdą kliszę, schemat czy motyw wykorzystany w horrorach z gatunku „pojechali za miasto i wszyscy zginęli”. Każda głupota, nierozważne zachowanie czy pojawiające się nieoczekiwanie zagrożenie zostają zdemoaskowane. Bohaterowie są bowiem nieustanie obserwowani przez całą masę specjalistów, techników i analityków. Ich losy zaś są częścią większej całości, misternego planu. W zależności od wyboru dokonanego przez nastolatków wypuszczają oni z klatki konkretną bestię i pilnują, aby wszystko przebiegało dokładnie tak jak zawsze. Ktoś przejmuje inicjatywę i zaczyna wydawać sensowne polecenia? Porcja odpowiedniego gazu wystrzelona prosto w twarz sprawia, że pomysł „ej, a może się rozdzielimy” nagle wydaje się genialny. Wszystkie męczące nas do tej pory pytania o bezsensowne postępowanie nastoletnich bohaterów odnajdują w końcu odpowiedź. Za wszystko odpowiedzialni są kontrolerzy w białych kitlach i koszulach zapiętych pod szyję.

Przy Domu w Głębi Lasu fani kina grozy będą bawili się świetnie nie tylko ze względu na błyskotliwe kpiny z największych bolączek młodzieżowych horrorów. Twórcy w lekki i sprawny sposób bawią się konwencją, przy okazji umieszczając w filmie całą masę nawiązań do klasyki nie tylko kina grozy. Tytułowy dom jest kopią chatki z Martwego Zła, wśród znalezionych w piwnicy przedmiotów jest kula imitująca kostkę z Hellraisera, a tajny kompleks badawczy do złudzenia przypomina Ul z serii Resident Evil. Każda scena przesiąknięta jest ironią do granic możliwości, dostarczając miłośnikom gatunku ogromne ilości dobrej zabawy. Gatunkowa harce w opiszczonej chatce sprawiają, że już żaden horror nigdy nie będzie wyglądał tak samo.

Cabin in the Woods (2012)
Egoistyczna Ocena: 10/10

 

No dobra, ale gdzie jest to całe zło?

Mała chatka ukryta pośród drzew gdzieś na odludziu jest wręcz idealnym miejscem na romantyczny wypad, niezapomnianą imprezę czy ucieczkę od piętrzących się obowiązków. Niestety lokalizacja ta, ze względu na swoje położenie, cieszy się dużą popularnością rónież wśród kanibali, mutantów i innych przerażających odszczepieńców. Klasyfikuje się gdzieś w czołówce pomiędzy pustynnymi wzgórzami a opuszczonymi wioskami w okolicy reaktorów. Dlatego napotykając podczas swojej wyprawy przez las, chylącą się ku upadkowi chatkę z przegniłych desek z pewnością do niej nie zaglądamy, a najlepszym rozwiązaniem jest ominięcie jej szerokim łukiem. Jeżeli gdy buzują hormony, a testosteron wylewa się uszami, do dojrzewającego mózgu może przywlec się pomysł wdarcia się do środka i zaatakowania lokatorów. Po takiej wizycie i mniej zła będzie na świecie i jakaś tak będzie bezpiecznej, a zupełnie przy okazji oficjalnie można zyskać tytuł samca alfa w swoim nastoletnim stadzie. Tyle tylko, że pokaz brawury często może prowadzić do nieprzyjemnych nieporozumień.

Tucker i Dale, dwójka typowych amerykańskich wieśniaków, wyjeżdża do świeżo zakupionej i rozsypującej się rudery w środku lasu. Mają w niej zamiar przez kilka kolejnych dni wypoczywać. Oznacza to dla nich żłopanie ciepłego piwa, łowienie ryb oraz porządki przy użyciu rozdrabniacza do drewna. Nie zamierzają robić absolutnie niczego, co mogłoby ich w jakikolwiek sposób nadwyrężyć czy przemęczyć. Dwójce przyjaciół wakacyjne plany psuje nieoczekiwane spotkanie z grupą nadpobudliwych nastolatków. Nieudany podryw Dale’a, seria niefortunnych wypadków oraz cała masa uprzedzeń i stereotypów sprawia, że mężczyźni zostają uznani przez dzieciaki za seryjnych morderców.

Założenie Tucker and Dale vs Evil jest niezwykle proste. To czarna komedia pełna pomyłek i nieporozumień, w której zupełnie odwrócone zostają klasyczne role. Mężczyźni w brudnych ogrodniczkach oraz dysponujący raczej ubogim słownictwem, początkowo wyglądający na niebezpiecznych okazują się niezwykle sympatycznymi kolesiami. Uwielbiają gry planszowe, kochają zwierzęta i są naprawdę miłymi ludźmi, z kótrymi chciałoby się wyskoczyć nawet na to ciepłe piwo. Drugi narożnik zajmuje natomiast grupa przyjaciół, która zbyt poważnie podeszła do swojego stereotypowego udziału w kinie grozy. W obawie o własne życie oraz pragnąc uratawać przyjaciółkę decydują się stanąć do walki… tyle, że nie za bardzo jest z kim. Absurd goni, absurd, a każda kolejna scena wydaje się jeszcze głupsza od poprzedniej. Dzieciaki niemal same rzucają się śmierci w objęcia, śpiewając pieśń ku chwale selekcji naturalnej, a wszystko wygląda na robotę biednego Tuckera i Dale’a. Chociaż kolejne fragmenty wydają się oczywiste i całkowicie przewidywalne, to radość z obserwowania, że to właśnie najgłupsza możliwość staje się prawdą, jest naprawdę ogromna.

Tucker & Dale vs Evil (2010)
Egoistyczna Ocena: 9/10

 

Zakazy są po to żeby ich słuchać

Horrory niosą ze sobą czasem pewne życiowe lekcje i survivalowe wskazówki. Nigdy nie zaglądaj do tej przeklętej szafy. Nie schodź samemu do piwnicy. Sprawdzaj regularnie baterie w latarce. Nie baw się każdym starym przedmiotem, który wpadnie ci w ręce i nie odwracaj się, gdy właśnie przed kimś uciekasz. Niektóre rzeczy trzeba było nam po prostu zaprezentować, żeby do nas dotarły na przyszłość. Zdarzają się też takie sytuacje, w których już sam nasz instynkt samozachowawczy powinien wyć niczym alarm w elektrowni atomowej. Jeżeli w piwnicy pełnej martwych kotów znajdziemy oprawioną w ludzką skórę księgę zabezpieczoną drutem kolczastym oraz zapisaną krwią to nawet przeglądanie obrazków powinno być ostatnią rzeczą, na jaką przyjdzie nam ochota. Za to czytenie słów w nieznanym języku jest już zupełnie poronionym pomysłem. Gdyby jednak nie było to takie oczywiste, na wszelki wypadek przed taką ewentualnością również postanowiono nas przestrzec.

Spotkanie w ukrytym w lesie domku nie zawsze musi oznaczać nadużywania alkoholu, rozbieranego pokera i eksperymentów z kolorowymi grzybkami. Czasem odosobnione miejsce może stać się areną całkiem poważnych życiowych zmagań. Mia jest uzależniona od narkotyków. Po niemal śmiertelnym przedawkowaniu decyduje się rzucić niszczący nałóg. Postanowienie poprawy oraz późniejszy detoks nie należą jednak do najłatwiejszych wyzwań. W tych trudnych chwilach dziewczynę wspierają jej brat David wraz z dziewczyną Natalie oraz przyjaciele Eric i Olivia. Bliskim zależy na zdrowiu i życiu Mii na tyle, że postanawiają użyć wszelkich środków, by powstrzymać ją przed opuszczeniem tego miejsca. Nic jednak nie idzie po ich myśli. Diabelskie wersety przeczytane w znalezionej przypadkowo księdze przyzywają do naszego świata demona, a jego przyjście ma zwiastować nadejście wielkiego zła.

Powroty po latach klasycznych postaci kina grozy nie zawsze wychodzą najlepiej. Nie te czasy, nie ten duch i nie ten klimat. Fede Alvarez tworząc remake kultowego Martwego Zła, pokazał, że kuracja upiększająca warta wiele milionów dolarów naprawdę może się udać bez straszenia sztucznością. W wersji z 2013 roku urugwajski reżyser wykazał się niezwykłym wyczuciem smaku i klimatu. Martwe Zło w jego wykonaniu to pod wieloma względami prawdziwe krwawe arcydzieło. Każdy, nawet najmniejszy element, cieszy oko starannym wykonaniem i dopasowaniem do całości. Swój pełnometrażowy debiut Alvarez zamienia w pokaz najlepszej jakości kina gore. Odważne, pełne brutalności sceny nawet przez chwilę nie pachną taniością czy kiczem. Krew się leje, kończyny odpadają, a na każde zadane obrażenie możemy się do woli napatrzeć. Ekipa wiedziała, że odwaliła kawał świetnej roboty i nie zamierzała się z tym kryć. Obrzydliwe obrazki świetnie dopełnia mroczna i klimatyczna aura lokalizacji, której może pozazdrościć niejeden dendrofilski horror. Poza efektami specjalnymi, charakteryzacją oraz scenografią niesamowicie ogląda się również Jane Levy w roli opętanej Mii, z której szaleństwo się po prostu wylewa. Na deser natomiast Alvarez przygotował masę nawiązań do oryginalnego filmu ukrytych nawet w sposobie wykorzystania kamery. Przeżycia, których doświadczyła dziewczyna, sprawią, że z całą pewnością nie sięgnie ponownie po narkotyki. Ja natomiast zastanawiam się, czy uda mi się kiedykolwiek trafić na równie starannie przygotowaną i czystą działkę.

Evil Dead (2013)
Egoistyczna Ocena: 10/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: